W zachodniopomorskim mamy ponad 13 tysięcy kilometrów dróg powiatowych i gminnych -= z czego zdecydowana większość do drogi powiatowe pomiędzy miejscowościami. To ogromna sieć, która – niezależnie od politycznej mody – musi funkcjonować każdego dnia. To nią dzieci dojeżdżają do szkół, rolnicy do pól, a mieszkańcy do urzędów, przychodni czy kościołów. Te drogi nie są luksusem. Są koniecznością. I właśnie dlatego fakt, że państwo polskie przeznacza na ich rozwój tak żenująco niskie środki, można nazwać tylko jednym słowem: wstyd.
Z Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg (RFRD) na przyszły rok dla całego zachodniopomorskiego – podkreślmy: dla wszystkich powiatów w województwie – przyznano zaledwie 30 449 374 złotych. To nie jest literówka. To oficjalna liczba. W praktyce ta kwota wystarczy na modernizację lub budowę najwyżej 20, może 30 kilometrów dróg powiatowych – według cen rynkowych. Trzydzieści kilometrów – na ponad 10 tysięcy kilometrów. Symbolicznie. Minimalnie. Obraźliwie.
Nie mówimy tu o marzeniach czy infrastrukturze klasy premium. Mówimy o drogach, które nie spełniają dziś podstawowych standardów bezpieczeństwa. O odcinkach, na których nie ma pobocza, na których brakuje odwodnienia, które po zimie zamieniają się w dziurawe łamigłówki, a po deszczu – w rwące strumienie. Mówimy o ludziach, którzy nie mają wyboru – muszą z nich korzystać, niezależnie od stanu nawierzchni, bo to jedyna droga do domu, do szkoły, do pracy.
Samorządy powiatowe nie mają własnych dużych źródeł dochodu. To nie są miasta wojewódzkie, które mogą zarabiać na swoich nieruchomościach, spółkach, czy podatkach od wielkiego biznesu. Powiaty utrzymują szkoły średnie, szpitale, PCPR-y, ośrodki pomocy rodzinie, budynki po dawnych urzędach pracy – i w tym wszystkim mają jeszcze obowiązek zajmować się infrastrukturą drogową. Tyle że pieniędzy na to nie mają. Własne budżety często nie pozwalają nawet na najpilniejsze remonty, a co dopiero inwestycje. I w tym miejscu powinno wchodzić państwo – z pomocą, z programem, z realnym wsparciem. Ale nie wchodzi.
Zamiast tego dostajemy ochłapy. Kwoty nieadekwatne do potrzeb, które – zamiast rozwiązywać problemy – tylko je maskują. Oto przykładowa sytuacja: jeden powiat złożył dokumentację na trzy projekty drogowe, bo wszystkie były równie ważne i równie konieczne. Dofinansowanie przyznano na jeden – najkrótszy. Pozostałe będą musiały poczekać, aż znajdzie się kolejna okazja… czyli najwcześniej za rok. A przez ten rok na pozostałych trasach nadal będą się łamać zawieszenia, urywać tłumiki i, co najgorsze, wydarzać wypadki.
Ale przyjdzie moment, w którym tych kilkadziesiąt kilometrów – gdziekolwiek zostaną wybudowane – zacznie nabierać kształtu. Zostaną położone pierwsze warstwy asfaltu, pojawi się nowa tablica z nazwą drogi, może nawet znak informujący o dofinansowaniu. I wtedy przyjadą goście. Ministrowie, wiceministrowie, parlamentarzyści, wszyscy z szerokimi uśmiechami i nożyczkami do przecinania wstęg. Będą mówić o wspieraniu samorządów, o inwestycjach w Polskę lokalną, o zrównoważonym rozwoju. Będą robić zdjęcia, przemawiać, gratulować. Ale żaden z nich nie powie prawdy: że to nie była żadna strategia, żaden program, żadna współpraca. To była łaska. Symboliczna kropla w morzu potrzeb. I tylko samorządy wiedzą, ile ich kosztowało doprowadzenie do realizacji choćby tych kilku kilometrów drogi.
Nie można mówić o wspieraniu samorządów, kiedy daje się im tak niewiele, że muszą konkurować między sobą o przetrwanie. Nie można mówić o „Polsce powiatowej”, kiedy traktuje się ją jak zaplecze – potrzebne tylko w czasie wyborów lub uroczystości. Dziś ta polityka to nie tylko hipokryzja. To świadome okłamywanie ludzi – tych, którzy codziennie stają na poboczach dróg, bo nie mają innego wyjścia.





