448 449,87 zł – tyle w 2026 roku wynosi budżet Centrum Komunikacji Społecznej działającego przy Gminnym Ośrodku Kultury, Sportu i Rekreacji w Przecławiu. Z tych środków finansowane są gminny portal informacyjny oraz samorządowa gazeta. Co więcej – za przyjęciem budżetu gminy, w tym środków na gminne media głosowała Dorota Trzebińska, która jest redaktorem naczelnym gminnego pisma, co budzi wątpliwości etyczne.
Blisko pół miliona złotych rocznie to dla wielu gmin znacząca kwota. Za takie pieniądze można byłoby sfinansować dodatkowe zajęcia sportowe dla dzieci, wsparcie dla lokalnych klubów, wydarzenia kulturalne czy programy aktywizacji młodych mieszkańców.
Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie: czy utrzymywanie kosztownych gminnych mediów w obecnej formule ma sens? Jeśli mają one funkcjonować za publiczne pieniądze, powinny spełniać podstawowy warunek: informować rzetelnie o wszystkich sprawach dotyczących gminy – także tych niewygodnych dla władzy.
Bez tego trudno mówić o prawdziwej informacji publicznej. Można natomiast mówić o czymś zupełnie innym – publicznie finansowanej propagandzie sukcesu.
Wystarczy zapoznać się z publikowanymi materiałami: dominują w nich relacje z wydarzeń organizowanych przez gminę, informacje o inwestycjach i artykuły prezentujące działania władz w pozytywnym świetle. Nie ma natomiast materiałów krytycznych, nie pojawiają się trudne pytania dotyczące decyzji władz, sporów czy kontrowersji. W gminnych mediach praktycznie nie znajdziemy informacji o sprawach, które realnie interesują mieszkańców – ani o problemach inwestycyjnych, ani o konfliktach społecznych.
Jeszcze bardziej uderzający jest brak informacji o toczących się postępowaniach prokuratorskich dotyczących gminy, które w normalnych mediach lokalnych byłyby oczywistym tematem.
W efekcie gminne media przypominają raczej kanał autopromocji władzy niż niezależne źródło informacji.
Radna jako redaktor naczelna
Szczególne kontrowersje budzi jednak fakt, kto stoi na czele tych mediów. Redaktor naczelna gminnych mediów jest jednocześnie radną, a zarazem jedną z najbardziej zaufanych osób wójt Małgorzaty Schwarz.
To rodzi poważny problem natury publicznej. Radny w samorządzie ma bowiem zupełnie inną rolę – powinien kontrolować władzę wykonawczą, zadawać trudne pytania i reprezentować interes mieszkańców. Tymczasem w tej sytuacji osoba pełniąca funkcję radnej tworzy lub nadzoruje materiały medialne, które przedstawiają działania wójta i urzędu w pozytywnym świetle.
Zamiast zadawać pytania, które w demokracji powinny padać, gminne media publikują artykuły chwalące działania władz.
Taka sytuacja prowadzi do oczywistego konfliktu ról. Radny ma być częścią systemu kontroli władzy. Media – nawet te samorządowe – powinny informować mieszkańców o wszystkich sprawach dotyczących gminy. Gdy jednak radna odpowiada za przekaz medialny finansowany z publicznych pieniędzy, trudno mówić o niezależności informacji czy rzetelnym przekazie. Zamiast kontroli pojawia się komunikacja jednostronna, w której mieszkańcy otrzymują głównie informacje o sukcesach i wydarzeniach promocyjnych.
Pół miliona złotych – i żadnych pytań
Blisko pół miliona złotych rocznie to kwota, za którą można byłoby zrealizować wiele innych potrzeb mieszkańców.
To środki, które mogłyby trafić na rozwój kultury lokalnej, wsparcie dla organizacji społecznych, programy sportowe dla dzieci i młodzieży, czy aktywizację najmłodszych mieszkańców gminy.
Gdzie w tym wszystkim uczciwość wobec mieszkańców i dbanie o publiczne pieniądze? Media finansowane z budżetu gminy powinny być przestrzenią informacji, a nie narzędziem budowania pozytywnego wizerunku władzy. Tymczasem sytuacja, w której za setki tysięcy złotych rocznie powstaje przekaz pozbawiony pluralizmu, krytyki i realnej debaty, rodzi pytanie o sens takiego wydatku. Publiczne pieniądze powinny służyć wspólnocie – a nie tworzeniu jednostronnego przekazu.
Drugim problemem jest zacieranie granicy między informacją publiczną a polityką. Gdy gminne media stają się miejscem publikacji materiałów wspierających działania władz, a jednocześnie pomijają tematy niewygodne lub kontrowersyjne, mieszkańcy przestają otrzymywać pełny obraz sytuacji w gminie. W takiej sytuacji trudno mówić o przejrzystości życia publicznego. Samorząd powinien budować zaufanie poprzez otwartość i gotowość do rozmowy o problemach – nie poprzez selektywną komunikację.
Jest też trzeci, bardzo praktyczny wymiar tej sprawy – zaufanie społeczne. Gdy mieszkańcy widzą, że znaczące środki z budżetu przeznaczane są na przekaz, który nie odpowiada na ich pytania i nie dotyka spraw naprawdę ważnych, naturalnie rodzi się frustracja. Jeśli jednak ani wójt gminy, ani dyrektor GOKSiR nie widzą w tym żadnego problemu, trudno się dziwić, że wśród mieszkańców coraz częściej pojawiają się rozmowy o możliwości organizacji referendum. Jeśli bowiem znika realna kontrola władzy i transparentność działania, społeczeństwo prędzej czy później zaczyna szukać innych narzędzi, by tę kontrolę odzyskać.





