czwartek, 19 lutego, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

„Akt miejskiej miłości” – zamalował bazgroły. Mała historia pokazuje wielki problem

We Włoszech anonimowy mężczyzna w środku nocy przemalował kilka budynków. Zakrył szpecące bazgroły i zostawił na drzwiach krótką notatkę: „This is an act of urban love”. Trudno o prostszy, a zarazem bardziej wymowny gest. Zamiast czekać, aż ktoś inny posprząta miasto, sam chwycił za wałek i farbę. Jedni uznają to za zabawną anegdotę, inni za przykład lokalnego patriotyzmu w praktyce. Ale jeśli przyjrzeć się temu bliżej, ta historia stawia nam, mieszkańcom polskich miast i miasteczek, niewygodne pytanie: dlaczego u nas to się nie dzieje?

Bo problem nie jest przecież włoski, ale uniwersalny. W Szczecinie, Policach, Pyrzycach, Lipianach, Goleniowie czy Gryfinie bazgroły na ścianach to codzienność. Nie chodzi o street art, murale czy dopracowane formy artystyczne – te potrafią ożywić przestrzeń i nadać jej charakter. Mówimy o czymś zupełnie innym: krzywych literach malowanych w pośpiechu, wulgarnych napisach, symbolach nienawiści czy inicjałach, które nikomu nic nie mówią. To nie sztuka, to zwyczajna dewastacja. A jednak staje się częścią pejzażu, do którego stopniowo się przyzwyczajamy.

Psychologowie podkreślają, że to, jak wygląda nasze otoczenie, ma ogromny wpływ na codzienne samopoczucie. Czysta i zadbana przestrzeń daje poczucie bezpieczeństwa, sprzyja dumie z miejsca, w którym się żyje, i zachęca do dbania o nie jeszcze bardziej. Zniszczone elewacje, zaniedbane podwórka czy mury pokryte chaotycznymi bazgrołami działają odwrotnie – budują poczucie bezsilności. Skoro miasto i mieszkańcy pozwalają na to, by ściany wyglądały jak śmietnik, to dlaczego mielibyśmy dbać o coś więcej? To mechanizm dobrze znany socjologom i opisany już dawno w teorii „rozbitych okien”.

W polskich realiach problemem nie jest brak zgłoszeń. Mieszkańcy wielokrotnie informują policję o aktach wandalizmu, ale najczęściej nie udaje się ustalić sprawców. Tymczasem koszt odmalowania elewacji przerzucany jest na wspólnoty mieszkaniowe, samorządy albo właścicieli budynków. Nierzadko zamiast kolejnego remontu wybiera się najtańsze rozwiązanie – pozostawienie napisu do czasu, aż ściana i tak będzie wymagała poważniejszych prac. I tak wizerunek miasta pogarsza się kawałek po kawałku.

Dlatego historia włoskiego „partyzanta z wałkiem” działa tak mocno na wyobraźnię. Pokazuje, że odpowiedź na dewastację nie musi być wielkim projektem infrastrukturalnym czy kosztowną akcją. Czasem wystarczy odrobina determinacji i poczucia odpowiedzialności za wspólną przestrzeń. Oczywiście nie chodzi o to, by każdy z nas w nocy wyruszał z farbą i drabiną, ale by wspólnoty, organizacje lokalne i samorządy zobaczyły w tym realny problem, a nie estetyczną fanaberię.

W tle pozostaje jeszcze jeden wątek – psychologia sprawców. Bazgroły na ścianach rzadko wynikają z potrzeby tworzenia. To raczej wołanie o uwagę, gest buntu albo próba zaznaczenia swojej obecności w przestrzeni, która wydaje się anonimowa. Ale im dłużej te ślady zostają, tym bardziej rośnie poczucie przyzwolenia. Każdy kolejny napis czy symbol to jak podpis pod zdaniem: „Tutaj można”.

Być może właśnie dlatego włoski napis „akt miejskiej miłości” brzmi tak dobrze. Pokazuje, że troska o estetykę miasta nie musi być odległą ideą ani kosztowną polityką. Może być zwykłym, codziennym gestem – świadomym wyborem, że nie godzimy się na bylejakość. W Szczecinie, Goleniowie czy Gryfinie taka akcja mogłaby być równie mocnym sygnałem. Bo miasto, nawet to najmniejsze, zaczyna się od ściany za oknem.

I od odpowiedzi na pytanie: czy traktujemy ją jak naszą wspólną własność, czy tylko tło, na które każdy może nabazgrać, co mu się podoba.

Popularne Artykuły