środa, 10 czerwca, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Artyści podzielili Polskę jak nigdy. A kilka zdań Mentzena wywołało burzę… i może to dobrze

Były brutalniejsze wpisy w polskim internecie. Bardziej wulgarne, bardziej agresywne, bardziej personalne. Ale rzadko który wywołał taką reakcję jak ten.

Sławomir Mentzen napisał:

„Projekt wypłaty emerytur artystom, którym nie chciało się płacić składek, którzy tworzą sztukę, której nikt nie chce jest niesprawiedliwy względem tych Polaków, którym chce się pracować i którzy muszą płacić składki. Jeżeli artysta nie potrafi na siebie zarobić, to nie jest artystą, tylko hobbystą. Nie tworzy sztuki, tylko badziew. A jeżeli próbuje nas wszystkich do tego orżnąć na kasę, to jest jeszcze złodziejem i niech spada. STOP finansowaniu nierobów, beztalenci i darmozjadów z naszych pieniędzy!”

I zaczęło się. Artyści odpowiedzieli wściekłością i bólem. Środowiska kulturalne zabrały głos. Dziennikarze pisali o granicy debaty publicznej. Komentatorzy z prawej strony klasnęli. Komentatorzy z lewej załamali ręce. A przeciętny Kowalski – elektryk, pielęgniarka, kierowca, magazynier – w dużej części powiedział coś w stylu: no, trochę grubo, ale ma rację.

I właśnie to zdanie jest najważniejsze w tej całej historii.

Co właściwie będziemy opłacać?

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Ministerstwo Kultury przedstawiło go jako wypełnienie największej luki w polskim systemie ubezpieczeń społecznych. Chodzi o dopłaty do składek dla artystów, którzy osiągają niskie lub nieregularne przychody – poniżej 125 procent płacy minimalnej, czyli dziś mniej więcej sześciu tysięcy złotych brutto miesięcznie.

Sam koszt? Szacunki mówią o 440 milionach złotych rocznie. Beneficjentów ma być około 34 tysięcy osób. Żeby ustalić, kto w ogóle zasługuje na miano artysty, przewidziano Radę Programową oraz 145-osobową Komisję Opiniującą środowiskową. Razem blisko 160 osób oceniających, kto jest artystą, a kto hobbystą. To ostatnie zdanie brzmi jak dowcip. Ale nie jest.

Być artystą nie znaczy być lekkomyślnym

Zanim pójdziemy dalej, trzeba powiedzieć rzecz ważną i często pomijaną w tej debacie: bycie artystą nie zwalnia z myślenia o przyszłości. Nigdy nie zwalniało… a teraz rząd twierdzi, że będzie zwalniało. Dlaczego?

Historia kultury pełna jest twórców, którzy potrafili łączyć sztukę z odpowiedzialnością finansową. Wielcy kompozytorzy prowadzili interesy, podpisywali kontrakty, negocjowali honoraria. Współcześni pisarze zakładają spółki, zatrudniają agentów, inwestują prawa autorskie. Fotografowie, reżyserzy, muzycy – ci, którym naprawdę zależy, od lat wiedzą, że dobra sztuka broni się sama, a dobry artysta umie na siebie zarobić. I nie chodzi o sprzedanie duszy, chodzi o elementarną dorosłość. Są w Polsce artyści, którzy to rozumieją i udowadniają, że się da. Wyprzedane trasy koncertowe, prawa do muzyki generujące przychody przez dekady, bestsellery tłumaczone na kilkanaście języków. Nikt im nie musiał dopłacać do składek. Sami zadbali o to, żeby system działał, bo go szanowali i traktowali poważnie. Wiedzą, że bycie artystą nie wiąże się z byciem lekkoduchem finansowym.

I właśnie dlatego to, co wydarzyło się przy okazji tej ustawy, jest tak trudne do przełknięcia.

Sto tysięcy za koncert. Teraz brak na emeryturę

Jest w tej debacie wątek, o którym mówi się półgłosem, ale który wszyscy znają. Wątek, który podważa całą narrację o biednych artystach pozbawionych systemu wsparcia.

Polskie środowisko muzyczne  i nie tylko muzyczne  zna nazwiska. Artystów, którzy przez lata kasowali za jeden koncert kwoty, o jakich przeciętny Polak nie śmie marzyć. Osiemdziesiąt tysięcy, sto tysięcy i więcej. Grali kilkadziesiąt razy w roku. Przez całą dekadę. Mieli fanów, wyprzedane sale koncertowe, sponsorów, prawa do nagrań.

A teraz cisza. Brak składek. Brak oszczędności. I wyciągnięta ręka w stronę państwa.

Jak to możliwe? Bardzo prosto. Przez lata funkcjonowało w Polsce przekonanie, niepisane, ale powszechne w pewnych kręgach, że płacenie pełnych podatków i składek jest dla frajerów. Że prawdziwy artysta bierze gotówkę, optymalizuje, minimalizuje, korzysta z każdego przepisu, który pozwala zapłacić mniej. A gdy przyjdzie starość, jakoś to będzie. Państwo się nie patrzy, jak się zarabia, a jak się zestarzeje, to nie pozwoli umrzeć z głodu.

To nie jest problem systemu. To jest problem postawy, bo kiedy była możliwość realnych oszczędności, to było rozrzutne życie. Teraz, mimo że wcześniej płaciliśmy za bilety na te koncerty, to teraz dodatkowo będziemy się jeszcze zrzucać na tych artystycznych emerytów.

I nie ma tutaj znaczenia, czy mówimy o kimś sławnym, czy o mniej rozpoznawalnym twórcy. Jeśli ktoś przez lata zarabiał powyżej średniej krajowej — nieregularnie, niekoniecznie z etatu, ale jednak — i nie zadbał o własną przyszłość, to pytanie o odpowiedzialność jest pytaniem całkowicie uzasadnionym. A żądanie, żeby tę odpowiedzialność przejęło teraz państwo, czyli wszyscy podatnicy, brzmi nie tyle jak krzyk o pomoc, ile jak roszczenie.

Emocje kontra argumenty

Mentzen był brutalny. Użył słów, które część rozmówców może i słusznie uznaje za obraźliwe – to szczególnie trudne dla tych twórców, którzy faktycznie latami harują za grosze, tworzą w biedzie i nie mają z czego odłożyć na starość. Dla wielu z nich ten wpis był policzkiem. Niemniej warto oddzielić emocje od argumentu. Bo argument, choć opakowany w brutalne słowa, istnieje i jest poważny.

Pytanie, które zadaje sobie dziś wiele osób, brzmi tak: dlaczego akurat artyści? Dlaczego nie dostawca jedzenia na rowerze, który równie nieregularnie zarabia i równie rzadko odprowadza składki? Dlaczego nie szwaczka w prywatnym zakładzie, gdzie połowa branży odzieżowej zarabia poniżej średniej krajowej? Dlaczego nie tłumacz, szewc, grafik komputerowy, copywriter – wszyscy ci, którzy żyją od zlecenia do zlecenia i sami pilnują swoich składek, bo nikt im nie zaproponuje osobnej ustawy?

Na to pytanie ministerstwo nie ma przekonującej odpowiedzi. Zamiast niej pojawia się odwołanie do wkładu kultury w PKB, który jednak w dużej mierze tworzą reklama i poligrafia, a nie aktorzy czy malarze.

System, który sam się niszczy

Jest w tej debacie coś głębszego niż spór o artystów. Polska ma system ubezpieczeń społecznych, który od lat generuje nierówności i wyjątki. Rolnicy płacą symbolicznie do KRUS. Służby mundurowe mają osobny system emerytalny. Każda kolejna grupa, której udaje się wywalczyć własny wyjątek, sprawia, że pozostali mają jeszcze większe poczucie, że ktoś ich wyrolował. Im więcej wyjątków, tym głębsze poczucie niesprawiedliwości. Im głębsze poczucie niesprawiedliwości, tym silniejsza pokusa, żeby samemu szukać dziury w systemie. To klasyczne błędne koło i ustawa o artystach, niezależnie od intencji jej autorów, to koło nakręca, a nie zatrzymuje.

Tymczasem rzeczywisty problem to miliony ludzi zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych bez pełnych ubezpieczeń. I nie doczekał się systemowego rozwiązania. Pełne oskładkowanie umów zleceń było planowane, potem odłożone. Powszechne rozwiązania dla wszystkich pracowników nieregularnych nie powstały. Zamiast tego powstała osobna ustawa dla jednej grupy zawodowej i powiedzmy sobie szczerze: grupy zawodowej, która niejednokrotnie z politykami baluje na tych samych salonach.

Dlaczego to właśnie teraz eksplodowało? Bo Polacy są zmęczeni. To nie jest odkrycie, ale warto to powiedzieć wprost. Zmęczeni wysokimi rachunkami, rosnącymi cenami, składkami i podatkami, które odprowadzają regularnie, co miesiąc, bez specjalnego traktowania i bez osobnej komisji oceniającej ich wartość zawodową. Gdy słyszą, że państwo stworzy nowy przywilej, a tak to odbierają, reagują złością. Nie zawsze uzasadnioną w stu procentach, nie zawsze skierowaną w odpowiednie miejsce, ale realną i zrozumiałą.

Pojawia się jeszcze jeden wymiar tej złości, o którym trudno milczeć. Artyści, szczególnie ci znani, rozpoznawalni, obecni w mediach, mają coś, czego przeciętny podatnik nie ma: głos. Potrafią dotrzeć do opinii publicznej, zorganizować się, zaapelować. Gdy więc środowisko artystyczne mówi zbiorowo o swojej biedzie i krzywdzie, wielu zwykłych ludzi patrzy na to z mieszaniną irytacji i niedowierzania. Ci sami artyści, którzy dziś mówią o biedzie, przez lata bywali twarzami reklam, grali na prywatnych imprezach za grube pieniądze, udzielali się na galach i w towarzystwie, które nie kojarzy się z niedostatkiem.

Oczywiście: to nie jest sprawiedliwa miarka. Nie każdy artysta tak żył. Ale zbiorowy wizerunek środowiska robi swoje. Mentzen tę złość podchwycił i sformułował. Agresywnie, bez niuansów. Ale skutecznie, bo mówił językiem, którym wielu myśli, choć niewielu powie to głośno.

A co z artystami, którym naprawdę ciężko?

Uczciwa odpowiedź jest taka, że problem realnie istnieje, ale dotyczy konkretnej grupy, nie środowiska jako całości. Są w Polsce twórcy, którzy pracują całe życie na granicy ubóstwa. Aktorzy prowincjonalnych teatrów zarabiający grosze. Muzycy folkowi grający na lokalnych festiwalach. Poeci wydający własnym sumptem. Ludzie, którzy wybrali sztukę, wiedząc, że pieniędzy nie będzie dużo i są z tym pogodzeni, ale jednocześnie naprawdę potrzebują jakiejś formy zabezpieczenia.

Dla nich ta dyskusja jest podwójnie krzywdząca, ponieważ wrzucono ich do jednego worka z tymi, którzy przez lata zarabiali poważne pieniądze i wydawali je równie poważnie. I teraz wspólnie stoją pod pręgierzem. A 160-osobowa komisja oceniająca, kto zasługuje na miano artysty, to nie jest narzędzie do precyzyjnego adresowania pomocy. To jest zaproszenie do uznaniowości, środowiskowych układów i kolejnych sporów o to, czyja sztuka jest wystarczająco wartościowa.

Popularne Artykuły