W sporcie mówi się, że najważniejszy jest wynik. W LKS Przecław wiedzą jednak, że to tylko część prawdy. Bo choć wygrane cieszą, prawdziwą wartością jest coś, czego nie widać w tabelach – charakter, wspólnota i serce zostawione na parkiecie. Drużyna, która od lat mierzy się nie tylko z rywalkami, ale i z brakiem własnej hali, nie traci pasji. Zawodniczki z doświadczeniem ligowym, mistrzynie akademickie, kobiety, które już spełniły część sportowych ambicji – dziś grają przede wszystkim dla siebie nawzajem. O walce do ostatniej piłki, sile relacji i o tym, dlaczego tie-break to ich żywioł, opowiada Karolina Wysocka z LKS-u Przecław.
Co daje Ci większą satysfakcję: wygrany mecz czy moment, w którym cała drużyna walczy do końca mimo niekorzystnego wyniku?
– Wygrany mecz zawsze cieszy – daje poczucie spełnienia i potwierdzenie, że to, co robimy na treningach, ma sens. Ale szczerze mówiąc, jeszcze większą satysfakcję daje mi moment, w którym mimo niekorzystnego wyniku walczymy do samego końca. To właśnie wtedy widać charakter drużyny. Kiedy nikt nie odpuszcza, kiedy po każdej straconej piłce podnosimy głowy, przybijamy sobie „piątki” i gramy dalej z wiarą. Nawet jeśli nie wygramy seta czy meczu, świadomość, że zostawiłyśmy na boisku serce i wsparłyśmy się nawzajem, daje ogromną dumę. Bo wynik zostaje w tabeli. A walka, charakter i to poczucie wspólnoty zostaje w nas. I to jest dla mnie bezcenne.
Lokalni kibice są z Wami niezależnie od wyników? Jakie to uczucie grać dla ludzi, którzy znają Was z imienia, a nie tylko z numeru na koszulce?
– Ciężko mówić o „lokalnych kibicach”, kiedy od lat nie możemy zagrać meczu dla naszej społeczności. LKS Przecław – niestety – z sentymentu do żółtego kłosa na koszulkach pozostał już właściwie tylko z nazwy. Jesteśmy zgłoszone jako drużyna bez własnej hali. Koszt wynajmu hali w gminie jest dla nas zabójczy, a sport umiera przez brak dobrej woli urzędu. Naszym największym kibicem jest Wiktor Misiak – założyciel i wieloletni prezes LKS Przecław. Pomimo „prezesowskiej emerytury” wciąż dba o to, abyśmy pielęgnowali relacje i trzymali się razem. Dla każdego z nas jest jak drugi ojciec, zawsze możemy zwrócić się o pomoc czy poradę.
Jak wygląda wsparcie między Wami w trudniejszych chwilach – po porażkach, kontuzjach albo słabszych turniejach?
– W trudniejszych momentach widać najlepiej, jaką jesteśmy drużyną. Po porażkach czy słabszych momentach dajemy sobie chwilę na emocje, ale nigdy nie zostawiamy żadnej z nas samej z poczuciem winy. U nas nie szuka się jednej „winnej” osoby – wygrywamy razem i przegrywamy razem. Po meczu potrafimy wyciągnąć wnioski, ale też po prostu się pośmiać i rozładować napięcie. Jeśli chwilowo wyklucza nas kontuzja to każda z nas wie, że nawet jeśli chwilowo nie może być na boisku, nadal jest częścią drużyny.
Mówi się, że w LKS Przecław wynik nie zawsze jest najważniejszy. Co dla Ciebie osobiście znaczy gra w tej drużynie? Patrząc z boku widać, że jesteście bardziej jak rodzina niż tylko zespół. Co najbardziej Was łączy poza boiskiem?
– Większość z nas w młodości spełniła już swoje sportowe ambicje. W naszej drużynie są zawodniczki z drugoligowych i trzecioligowych parkietów, a także mistrzynie Polski w siatkówce plażowej uczelni wyższych. To właśnie nasze doświadczenie sprawia, że dziś możemy po prostu czerpać radość z gry i bawić się siatkówką. Czerpięe siłę z drużyny. Jeśli jestem na boisku – zawsze chcę zagrać jak najlepiej dla koleżanek. Jeśli jestem poza linią – dopinguję najgłośniej, jak tylko potrafię. Dla mnie gra w tej drużynie to coś więcej niż sport – to relacje, wsparcie i wspólna energia. Łączą nas lata wspólnych wyjazdów, klubowe Wigilie i obowiązkowy grill u Prezesa Wiktora Misiaka (na stałe wpisany w nasz harmonogram), ale także ważne wydarzenia w życiu każdej z nas. To nie tylko urodziny, wesela czy komunie. Wspieramy się również w trudnych chwilach, jak uroczystości pogrzebowe.
Czego nauczyła Cię gra w LKS Przecław, czego nie nauczyłby żaden inny klub?
– Siatkówka kobiet to momentami sport ekstremalny… Chyba najtrudniejszy do przewidzenia – nawet dla tych, którzy próbują typować wyniki (smiech). Emocje, zwroty akcji i nieprzewidywalność, to nasza codzienność. Gra w LKS Przecław nauczyła mnie rzeczy, których nie nauczyłby żaden inny klub. Przede wszystkim współpracy, pokory i ciągłego wychodzenia ze strefy komfortu. Tu nie da się schować – każda z nas jest ważnym elementem całości i każda musi brać odpowiedzialność za drużynę. Ogromną rolę odgrywa również Michał Doliński, który od wielu lat prowadzi nasze treningi. Dzięki niemu wciąż się rozwijamy, podnosimy poprzeczkę i uczymy się, że wiek czy doświadczenie nie są ograniczeniem, tylko atutem. Pokazuje nam, że zawsze można zrobić coś lepiej – technicznie, taktycznie, mentalnie.
LKS Przecław nauczył mnie, że sport to nie tylko wynik, ale droga, relacje i praca nad sobą. I za to jestem tej drużynie najbardziej wdzięczna.
Gdybyś miała jednym zdaniem opisać LKS Przecław komuś, kto nigdy Was nie widział na boisku – co byś powiedziała?
– „Kocury-bambury” (śmiech). A tak całkiem poważnie – jesteśmy zespołem pełnym pasji, który dostarcza ogromnych emocji zarówno sobie na boisku, jak i kibicom na trybunach. Naszą specjalnością są tie-breaki – rzadko wybieramy łatwą drogę, za to zawsze gwarantujemy dramaturgię do ostatniej piłki.
Jak pogodzić ambicję sportową z radością z gry, kiedy wiesz, że nie jesteście topowym zespołem ligowym?
– Ambicja sportowa nie zawsze musi oznaczać walkę o najwyższą ligę czy medale. Dla nas ambicją jest rozwój, dobra gra i świadomość, że z meczu na mecz stajemy się lepsze jako drużyna. Wiemy, że nie jesteśmy topowym zespołem ligowym, ale to wcale nie odbiera nam radości z gry. Wręcz przeciwnie – możemy grać odważnie, bez presji, czerpać satysfakcję z małych zwycięstw: dobrze rozegranego seta, obronionej trudnej piłki czy wygranego tie-breaka. Kluczem jest równowaga. Trenujemy i walczymy ambitnie, ale nie zapominamy, dlaczego zaczęłyśmy grać – dla emocji, dla ludzi obok i dla tej czystej radości, kiedy piłka po naszej stronie wpada w boisko przeciwnika.
Czy pamiętasz moment, w którym poczułaś, że to nie jest „zwykła drużyna”, tylko coś więcej?
– Do drużyny dołączyłam po studiach. Początkowo nie byłam mocno zaangażowana w życie klubu i przyznam, że przychodziło mi to z trudem. Opuszczałam sporo meczów i treningów – traktowałam to bardziej jako dodatkową aktywność niż coś, co stanie się ważną częścią mojego życia. Momentów, które uświadamiały mi, że to nie jest „zwykła drużyna”, było i wciąż jest wiele. Przełomowy był jednak moment, kiedy usłyszałam od koleżanek, że jestem potrzebna. Że moja obecność na treningach ma znaczenie, że musimy regularnie pracować razem, żeby się zgrywać i tworzyć zespół. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że nie jestem tylko zawodniczką „do składu”, ale częścią czegoś większego. I to bardzo zmieniło moje podejście – zarówno do treningów, jak i do całej drużyny.
Turnieje to nie tylko sport, ale też wspólne wyjazdy i emocje. Jaki wyjazd zapadł Ci najbardziej w pamięć?
– Powiem tak: na każdy turniej i każdy wyjazd czekam jak dziecko na gwiazdkę. Emocje zaczynają się już tydzień wcześniej – w pracy trudno mi się skupić, odliczam dni, pakuję się dużo wcześniej niż trzeba. To wszystko ze względu na atmosferę i perspektywę wspólnie spędzonego czasu. Turnieje to dla nas coś więcej niż sport – to wyjazd, rozmowy do późna, śmiech, wspólne śniadania i ta wyjątkowa energia, którą trudno opisać komuś z zewnątrz. Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmują coroczne Igrzyska Ludowych Klubów Sportowych. O miejsce w składzie na ten wyjazd wręcz „bijemy się” między sobą. To impreza rangi ogólnopolskiej, podczas której wszystkie województwa rywalizują w różnych dyscyplinach. Skala wydarzenia, emocje i świadomość, że reprezentujemy coś więcej niż tylko siebie, robią ogromne wrażenie.





