Rada gminy od początku reformy samorządowej w 1990 roku miała być fundamentem lokalnej demokracji. To właśnie radni – wybrani przez mieszkańców – mieli reprezentować społeczność, kontrolować władzę wykonawczą i współdecydować o kierunkach rozwoju. Brzmi jak podręcznikowy ideał demokracji lokalnej. Tyle tylko, że z biegiem lat coraz trudniej dostrzec, by rzeczywistość miała wiele wspólnego z tym ideałem.
Dziś, ponad trzy dekady później, rady gmin i miast coraz częściej funkcjonują nie jako forum debaty i dialogu z mieszkańcami, lecz jako zaplecze dla władzy wykonawczej albo, co gorsza, lokalne oddziały partyjnych struktur. Nie zawsze to, co zdecyduje „góra w Warszawie”, jest dobre dla małej społeczności w gminie czy miasteczku. A jednak decyzje radnych bywają odbiciem partyjnych układów, a nie odpowiedzią na realne potrzeby mieszkańców.
Na domiar złego część radnych zatrudniona jest w jednostkach organizacyjnych podległych wójtowi, burmistrzowi czy prezydentowi. Jak w takiej sytuacji oczekiwać bezstronności i sprawowania realnej kontroli nad tymi, od których zależy ich codzienna praca? Konflikt interesów nie jest tu abstrakcją, lecz bardzo realnym problemem, podważającym jakość sprawowanego mandatu.
W najbliższym czasie jako Głos Miasta chcemy przyjrzeć się tym mechanizmom jeszcze uważniej. Naszym celem będzie pokazywanie zależności radnych od władzy wykonawczej – zarówno tych wynikających z partyjnych powiązań, jak i zatrudnienia w jednostkach podległych samorządowi. Tylko rzetelne ujawnianie takich relacji może dać mieszkańcom pełen obraz tego, jak naprawdę funkcjonuje lokalna demokracja i kto w praktyce reprezentuje ich interesy.
Trudno nie zauważyć, że zmiany ustrojowe – zwłaszcza wprowadzenie bezpośrednich wyborów włodarzy – wzmocniły pozycję organów wykonawczych kosztem rad. Radni, choć formalnie mają prawo do uchwalania budżetu, kontroli finansów czy wyznaczania strategicznych kierunków rozwoju, coraz częściej sprowadzani są do roli osób przyklepujących projekty przygotowane w urzędzie. A komisje rewizyjne? Zamiast ostrych narzędzi kontroli, nierzadko pełnią rolę rytualnej dekoracji, która ma stworzyć wrażenie, że wszystko jest pod należytą kontrolą.
Czy oznacza to, że rady są dziś zbędne? Absolutnie nie. To one powinny być miejscem sporu o wizję rozwoju, przestrzenią dla różnych punktów widzenia i gwarantem tego, że decyzje nie zapadają w zaciszu gabinetów, lecz w jawnym procesie, z udziałem społeczności lokalnej. Ale by tak było, radni muszą uniezależnić się od partyjnych rozkazów i lokalnych układów zawodowych. Muszą też zrozumieć, że ich rolą nie jest tylko podnoszenie ręki podczas głosowania, lecz także inicjowanie debaty, zadawanie trudnych pytań i wymaganie od włodarzy realnej odpowiedzialności.
Jeśli rady gmin i miast mają odzyskać swoją pozycję, potrzebna jest nie tylko zmiana prawa, lecz przede wszystkim zmiana mentalności – tak radnych, jak i mieszkańców. Bo rada będzie tak silna, jak silna jest społeczna potrzeba kontroli i udziału w samorządzie. A dziś, niestety, zbyt często mamy do czynienia z sytuacją, w której lokalna demokracja ustępuje miejsca politycznym kalkulacjom.





