Dziś, 4 maja 2026 roku, przy szkolnych ławkach ponownie zasiadają maturzyści. Rytuał powtarzany od ponad dwustu lat, a jednak co pokolenie inny. Historia polskiej matury to historia samej Polski — jej wolności, ideologii, ambicji i lęków.
Zacznijmy od słowa. Matura pochodzi z łaciny — maturus oznacza „dojrzały”. I to nie przypadkowy zbieg etymologii: od samego początku egzamin miał potwierdzać nie tyle wiedzę, co gotowość do wkroczenia w dorosły świat. Tę filozofię zachowały wszystkie kolejne epoki, choć każda rozumiała ją zupełnie inaczej.
1812: Pierwsza polska matura
Pierwsza polska matura odbyła się w Księstwie Warszawskim w 1812 roku — jeszcze zanim Mickiewicz napisał Inwokację do Pana Tadeusza. Uczniowie musieli wykazać się znajomością języka polskiego, łaciny, greki, ale też matematyki i nauk przyrodniczych. Był to egzamin dla nielicznych, przepustka do elity — intelektualnej i społecznej. Zdać go mogli tylko ci, którzy przeszli przez dziewięcioletni nowy typ nauczania z podziałem na klasy i godziny.
W zaborze pruskim maturę zdawano już od 1788 roku, ale po niemiecku. W zaborze rosyjskim po powstaniu listopadowym w 1831 roku władze carskie nałożyły kolejne restrykcje na polski system oświaty — matura stała się narzędziem w rękach zaborcy, nośnikiem polityki, nie tylko edukacji. To napięcie między egzaminem jako instytucją państwową a egzaminem jako narzędziem władzy będzie wracać przez cały dwuwieczny rodowód polskiej matury.
Dwudziestolecie: mała i duża
Po 1918 roku matura stała się symbolem odrodzenia. W dwudziestoleciu międzywojennym był to wręcz symbol obywatelskiego dojrzewania. Dla narodu świeżo po odzyskaniu niepodległości znaczyło to coś więcej niż tylko egzamin. W 1927 roku pytano: „Co Ci dała, jako obywatelowi niepodległej Polski, poezja romantyczna?” Pytanie, które dziś brzmi archaicznie, wówczas było głęboko serio.
Reforma jędrzejewiczowska z 1932 roku podzieliła egzamin na tzw. małą maturę dla uczniów gimnazjów i dużą maturę dla uczniów liceów. System ten — dwustopniowy, wymagający — przetrwał do końca II wojny światowej, a z nim przekonanie, że matura to wydarzenie kształtujące całe dalsze życie.
PRL: ideologia przy ławce
Tutaj historia staje się najciekawsza — i najbardziej mroczna. Po 1945 roku egzamin dojrzałości zachował swoją formę, ale zmienił treść. W komisji egzaminacyjnej zasiadał „czynnik społeczny”, czyli działacze partyjni czuwający nad postawą piszących, a tematy wypracowań były upolitycznione.
Pod koniec lat 40. do komisji egzaminacyjnej wprowadzono delegata społecznego, który mógł nawet nie dopuścić do wystawienia pozytywnej oceny, jeśli stwierdził, że młody człowiek „nie dojrzał do roli obywatela”. W 1952 roku trzeba było zestawić dwie radzieckie powieści — Daleko od Moskwy i Kawaler Złotej Gwiazdy.
W latach PRL-u stopniowo upraszczano egzamin — uczniowie mogli korzystać z tablic matematycznych, słowników ortograficznych, a nawet encyklopedii, co miało zredukować stres i zwiększyć zdawalność. W tle pobrzmiewało popularne porzekadło epoki: „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera.”
Na ścianach wisiały portrety partyjnych dygnitarzy i hasła wychwalające socjalizm. Czarna tablica, kreda, komisja z działaczem — to było centrum egzaminu dojrzałości przez dekady.
1989–2005: wolność i chaos
Transformacja ustrojowa nie przyniosła natychmiastowej rewolucji w maturze. Przez kilkanaście lat egzamin funkcjonował w modelu PRL-owskim — lokalne komisje, szkolne kryteria, oceny wystawiane przez własnych nauczycieli. Pod starym systemem wyniki oceniali wyłącznie nauczyciele ze szkoły zdającego, co budziło wątpliwości co do obiektywności.
Zadania egzaminacyjne były przygotowywane lokalnie przez poszczególne szkoły, co powodowało, że egzaminy w różnych częściach kraju mogły się znacznie różnić. Matura z Warszawy i matura z małego miasteczka to były dwa różne egzaminy. W konsekwencji uczelnie prowadziły własne egzaminy wstępne — matura nie wystarczyła jako przepustka na studia.
Pierwotnie nową maturę planowano wprowadzić w 2002 roku, jednak minister Krystyna Łybacka zdecydowała o przesunięciu, stwierdzając, że młodzież jest kompletnie nieprzygotowana. I było w tym wiele racji — ci, którzy jednak decydowali się na „maturę przyszłości”, często dostawali jedynki.
2005: rewolucja cicha, ale gruntowna
Nowa matura weszła w życie w 2005 roku i zmieniła niemal wszystko — poza ławkami i długopisem. W nowym systemie prace pisemne oceniają niezależni egzaminatorzy, co uważa się za gwarancję obiektywności. W efekcie polskie uczelnie wyższe zrezygnowały z egzaminów wstępnych i opierają rekrutację przede wszystkim na wynikach matury.
Nowa matura wprowadziła podział egzaminów na podstawowe i rozszerzone. Wyniki przestały być podawane w stopniach w skali 1–6, a zaczęły być wyrażane w procentach, a od roku 2014/2015 również w centylach. Ten ostatni zabieg — percentyl — to zmiana pozornie techniczna, a w istocie filozoficzna: wynik przestał być absolutny, stał się relatywny. Liczy się nie to, ile wiesz, ale gdzie jesteś wśród wszystkich zdających.
W 2005 roku egzamin z języka obcego nowożytnego stał się obowiązkowy — wcześniej język obcy mógł pojawić się na egzaminie, ale nie był wymagany i jego dostępność zależała od szkoły. To bodaj największa zmiana mentalna: pokolenia Polaków zdawały maturę bez żadnego języka obcego. Dziś jest to nie do pomyślenia.
Formuła 2023 i matura dziś
Polska matura nie zatrzymała się na 2005 roku. W 2023 roku weszła w życie kolejna formuła egzaminu — głębsza zmiana programowa, nowe arkusze, inne podejście do oceniania rozumowania zamiast samej wiedzy faktograficznej. Maturzyści siedzący przy ławkach dziś, 4 maja 2026 roku, zdają właśnie ten egzamin.
Aby zdać maturę, należy uzyskać co najmniej 30 procent z każdego z trzech egzaminów obowiązkowych. Wyniki egzaminów dodatkowych nie decydują o zdaniu, ale zwykle są kluczowe przy rekrutacji na studia.
Niezmienne jest jedno: studniówka sto dni przed, biała bluzka w dniu egzaminu, i nerwy, które — jak zaświadczają roczniki z każdej epoki — wyglądają dokładnie tak samo niezależnie od tego, czy na ścianie wisiał portret Stalina, czy nie ma na niej nic.
Co jednak naprawdę się zmieniło? Matura przestała być egzaminem dla nielicznych — dziś przystępują do niej setki tysięcy maturzystów rocznie. Przestała być lokalna — te same arkusze otwierają się o tej samej godzinie w całym kraju. Przestała być arbitralna — oceniają ją egzaminatorzy, którzy nie wiedzą, czyją pracę czytają. Ale najważniejsza zmiana jest kulturowa. Przez dekady matura wyznaczała granicę między tymi, którzy mają dostęp do wiedzy, a tymi, którzy go nie mają. Dziś ta granica się zatarła. Egzamin pozostał — ale świat, do którego jest przepustką, stał się znacznie mniej przewidywalny niż ten, w którym pytano o radzieckie powieści albo romantyczną poezję wolnej Polski.





