Kiedy poseł wychodzi na mównicę i mówi rzeczy, za które zwykły obywatel mógłby trafić do sądu, obserwatorzy reagują dwojako. Jedni kiwają głową – taka jest natura wolnej debaty parlamentarnej. Inni marszczą brwi – dlaczego prawo ma być dla jednych, a dla innych nie. Immunitet parlamentarny od dekad dzieli opinie. I nie dlatego, że jest instytucją złą. Dlatego, że jest instytucją łatwo nadużywalną.
Immunitet parlamentarny nie jest pomysłem współczesnych polityków chroniących własny interes. Ma głębokie korzenie historyczne — sięga angielskiej Bill of Rights z 1689 roku, która zagwarantowała posłom swobodę wypowiedzi w izbie bez obawy przed królewskim prześladowaniem. Logika była prosta: jeśli parlamentarzysta boi się o swoje wolne słowo, nie będzie mówił prawdy władzy. Nie będzie krytykował. Nie będzie kontrolował.
W tym sensie immunitet nie jest przywilejem dla posła — jest gwarancją dla wyborcy. Chodzi o to, żeby elektorat miał reprezentanta, który nie przygnie się pod naciskiem prokuratury sterowanej przez rząd albo oligarchę z dobrymi znajomościami. To nie jest teoria — to był konkretny problem, z którym demokratyczne państwa musiały się zmierzyć.
Jak to działa w Polsce
Polska Konstytucja rozróżnia dwa rodzaje immunitetu. Pierwszy — nietykalność — oznacza, że poseł nie może być zatrzymany ani aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia na gorącym uczynku. Drugi — immunitet materialny — chroni działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu: głosowania, wypowiedzi na sali plenarnej, działalność w komisjach.
Immunitet materialny jest bezwzględny i niezdejmowalny. Immunitet formalny — chroniący posła przed zwykłym postępowaniem karnym za czyny niezwiązane z mandatem — może zostać uchylony przez Sejm na wniosek prokuratury lub pokrzywdzonego. Sejm głosuje. I tu zaczynają się problemy. Gdy większość parlamentarna i oskarżony poseł są z tej samej partii, głosowanie nad uchyleniem immunitetu staje się ćwiczeniem z lojalności, nie z prawa.
Krytycy immunitetu wskazują na kilka konkretnych patologii. Po pierwsze, ochrona przed zatrzymaniem bywa wykorzystywana w sprawach zupełnie niezwiązanych z działalnością parlamentarną — wypadki drogowe, kolizje pod wpływem alkoholu, awantury sąsiedzkie. Po drugie, procedura uchylania immunitetu jest powolna i podatna na polityczne kalkulacje. Po trzecie, sam fakt, że poseł może latami unikać procesu tylko dlatego, że pełni mandat, podważa zaufanie do równości wobec prawa.
Zwolennicy odpowiadają: system ma zabezpieczenia. Immunitet nie jest wieczny — wygasa z końcem kadencji. Nie chroni przed każdym postępowaniem — tylko przed tym wymagającym zgody Sejmu. I przede wszystkim: alternatywa — parlament bez immunitetu — byłaby gorsza. Historia zna przypadki, gdy postępowania karne służyły wyeliminowaniu opozycji politycznej. Ukraina przed 2014 rokiem. Węgry. Turcja.
Modele europejskie
Europa nie ma jednego rozwiązania. Wielka Brytania zachowuje silną ochronę wypowiedzi parlamentarnych, ale poza salą obrad poseł jest traktowany jak każdy obywatel. Niemcy stosują podobne podejście — immunitet jest szeroki, ale Bundestag regularnie go uchyla na wnioski prokuratorskie, traktując to jako procedurę, nie jako decyzję polityczną. Francja poszła dalej — w 1995 roku znacząco ograniczyła zakres immunitetu po serii skandali korupcyjnych. Kraje skandynawskie mają immunitety wąskie i rzadko sporne.
Polska plasuje się gdzieś pośrodku — formalnie system jest zbliżony do standardów europejskich, praktycznie jednak głosowania nad uchyleniem immunitetu bywają obliczone na przewlekanie, nie na wymierzanie sprawiedliwości.
Debata o reformie immunitetu toczy się w Polsce od lat. Pojawiają się różne propozycje: automatyczne uchylanie immunitetu w sprawach niemających związku z mandatem; przeniesienie decyzji z Sejmu do niezależnego organu sądowego; skrócenie terminów procedowania; wyłączenie spod ochrony wykroczeń drogowych. Żadna z tych propozycji nie doczekała się trwałego konsensusu — po części dlatego, że reforma jest trudna technicznie, po części dlatego, że każda kolejna większość parlamentarna docenia instytucję, kiedy chroni jej własnych posłów.
Immunitet jako zasada jest bronią demokracji. Immunitet jako praktyka bywa jej zakładnikiem.
Immunitet parlamentarny jest instytucją potrzebną — tam, gdzie demokracja jest krucha, bywa wręcz niezbędną. Jego historia pokazuje, że wolna debata polityczna nie bierze się znikąd; trzeba ją chronić przed instrumentalizacją wymiaru sprawiedliwości. Jednocześnie immunitet nie powinien być parasolem ochronnym dla posłów w sprawach prywatnych, a procedura jego uchylania nie powinna zamieniać się w polityczny teatr.
Prawdziwe napięcie nie leży między „immunitetem” a „brakiem immunitetu”. Leży między immunitetem dobrze skrojonym — chroniącym mandat, nie człowieka — a immunitetem nadmiarowym, który zaburza zasadę równości. Znalezienie tej granicy to jedno z trudniejszych zadań każdego dojrzałego systemu demokratycznego. I jedno z tych, których nie da się rozwiązać raz na zawsze.
Przypadki nadużyć
Poniżej przedstawiamy sześć udokumentowanych sytuacji, w których immunitet parlamentarny był używany — lub utrzymywany — w sposób budzący poważne wątpliwości co do zasady równości wobec prawa. Każdy z przypadków ilustruje inny mechanizm patologii: unikanie komornika, ochronę przed konsekwencjami przestępstwa wyborczego, polityczne blokowanie śledztwa, tarczę w sprawach drogowych, instrumentalne zdobywanie mandatu, oraz — w przypadku Mejzy — połączenie wielu patologii naraz w jednej osobie.
PRZYPADEK 1 · SAMOOBRONA, 2003
Poseł Łyżwiński i komornicy
Stanisław Łyżwiński, poseł Samoobrony, przez lata nie spłacał zaciągniętych kredytów, a kiedy komornik próbował wyegzekwować zasądzone należności — parlamentarzysta po prostu nie stawiał się na wezwania sądu. Podawał rozmaite powody nieobecności, w tym awarię samochodu. Sąd Rejonowy w Radomiu przez półtora roku nie był w stanie się z nim spotkać.
Ostatecznie Komisja Regulaminowa Sejmu zarekomendowała uchylenie immunitetu — sprawa dotyczyła udaremniania egzekucji komorniczej, czynności niemającej żadnego związku z wykonywaniem mandatu. Przypadek ten pokazał, jak ochrona poselska może służyć jako skuteczna bariera przed wierzycielami i wymiarem sprawiedliwości w sprawach czysto prywatnych.
PRZYPADEK 2 · SAMOOBRONA, 2003–2006
Renata Beger i listy wyborcze
Posłanka Renata Beger stanęła przed zarzutem sfałszowania list poparcia dla Samoobrony w wyborach 2001 roku. Prokuratura Okręgowa w Poznaniu ustaliła, że spośród co najmniej 1444 osób figurujących na listach, żadna nie udzieliła faktycznego poparcia — ich dane i podpisy zostały sfałszowane. Sprawa trafiła do Sejmu z wnioskiem o uchylenie immunitetu.
Beger wystąpiła z mównicy sejmowej z emocjonalnym przemówieniem, przekonując, że jest ofiarą politycznej prowokacji, po czym sama zrzekła się immunitetu — ostentacyjnie i w obecności kamer. Finalnie sąd uznał ją winną i skazał na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu. Przypadek ten przeszedł do historii jako przykład, w którym immunitet stał się przez wiele miesięcy tarczą chroniącą przed odpowiedzialnością za przestępstwo skierowane wprost przeciwko demokratycznym procedurom wyborczym.
PRZYPADEK 3 · PIS, 2014
Kamiński i głosowanie, które zamknęło śledztwo
W 2014 roku Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga skierowała do Sejmu wniosek o uchylenie immunitetu byłemu szefowi CBA Mariuszowi Kamińskiemu, chcąc postawić mu zarzuty przekroczenia uprawnień podczas operacji służb wymierzonej w majątek Aleksandra Kwaśniewskiego. Sejm, w którym większość miała Platforma Obywatelska, nie uchylił immunitetu — za głosowało 216 posłów, przeciw 160, wstrzymało się 46, a do uchylenia potrzeba było 231 głosów.
Konsekwencja była automatyczna: prokuratura umorzyła śledztwo w tej części sprawy. Ponieważ przepisy nie przewidują odwołania od decyzji Sejmu o nieuchyleniu immunitetu, zamknęło to drogę do zbadania zarzutów przez niezależny sąd. Przypadek Kamińskiego stał się jednym z najgłośniejszych przykładów sytuacji, w której decyzja o immunitecie była w istocie decyzją polityczną, nie prawną — i skutecznie zastąpiła wyrok sądowy.
PRZYPADEK 4 · RÓŻNE KADENCJE
Posłowie za kierownicą — kolizje drogowe i ochrona mandatu
Jedną z najbardziej irytujących obywateli kategorii przypadków jest powoływanie się na immunitet parlamentarny w sprawach wykroczeń i przestępstw drogowych. Kiedy poseł spowoduje wypadek drogowy albo zostanie zatrzymany pod wpływem alkoholu, wszczęcie postępowania wymaga formalnie zgody Sejmu lub zrzeczenia się ochrony przez samego parlamentarzystę.
W praktyce bywa to źródłem przewlekania spraw. Poseł KO Waldemar Sługocki, który w 2022 roku spowodował wypadek drogowy, deklarował wprawdzie, że sam zrzeknie się immunitetu — ale sam fakt, że prokuratura musiała przez wiele miesięcy kierować wniosek przez Prokuratora Generalnego do marszałka Sejmu, pokazuje absurd systemu. W tego rodzaju przypadkach immunitet nie chroni wolności słowa w parlamencie — chroni wyłącznie konkretną osobę przed skutkami zachowania, które z wykonywaniem funkcji posła nie ma nic wspólnego.
PRZYPADEK 5 · MECHANIZM SYSTEMOWY
Kandydatura jako tarcza — mandat zdobyty po wszczęciu postępowania
Osobną, strukturalną patologią jest zjawisko, w którym osoba objęta postępowaniem karnym ubiega się o mandat poselski — i zdobywszy go, korzysta z immunitetu, który zawiesza bieg sprawy. Konstytucja przewiduje, że gdy postępowanie karne wobec kandydata było już wszczęte przed wyborami, po uzyskaniu mandatu Sejm może — choć nie musi — zażądać jego zawieszenia do czasu wygaśnięcia mandatu.
Co istotne, na czas trwania mandatu zawieszone są również terminy przedawnienia. Oznacza to, że przy odpowiednio skonstruowanej ścieżce — kilka kadencji z rzędu — sprawa może teoretycznie nigdy nie trafić przed sąd, albo trafić dopiero wtedy, gdy kluczowi świadkowie są niedostępni, a dowody utracone. Krytycy wskazują, że mechanizm ten może być — i bywał — wykorzystywany instrumentalnie, a nie jako wyjątek.
PRZYPADEK 6 · PIS / NIEZRZESZONY, 2021–2026 · NAJBARDZIEJ KONTROWERSYJNY
Łukasz Mejza — nadzieja za 80 tysięcy dolarów i immunitet, który chronił głos rządzących
Jesienią 2021 roku portal Wirtualna Polska opublikował reportaż, który wstrząsnął polską sceną polityczną — choć nie w takim stopniu, w jakim powinien. Dziennikarze Szymon Jadczak i Mateusz Ratajczak ujawnili, że Łukasz Mejza, świeżo mianowany wiceminister sportu i turystyki, był wcześniej prezesem firmy Vinci NeoClinic, która oferowała rodzicom nieuleczalnie chorych dzieci eksperymentalne terapie komórkami macierzystymi. Cena wejściowa wynosiła 80 tysięcy dolarów.
Firma obiecywała leczenie raka, stwardnienia rozsianego, alzheimera, parkinsona, a nawet adrenoleukodystrofii — choroby, na którą medycyna nie zna skutecznej terapii. Eksperci pytani przez redakcję byli jednoznaczni: żadne z opisywanych schorzeń nie poddaje się tego rodzaju leczeniu, a samo proponowanie go rodzinom w rozpaczy jest działaniem nieetycznym i potencjalnie przestępczym.
Pracownicy firmy przyznawali, że szukali klientów, przeczesując facebookowe grupy wsparcia rodziców chorych dzieci — wpisując hasła takie jak „porażenie mózgowe” i dzwoniąc po kolei do wyświetlonych rodzin.
Skandal był tak poważny, że Mejza musiał odejść ze stanowiska wiceministra. Ale nie stracił mandatu poselskiego. I właśnie tu zaczyna się historia o immunitecie. Mejza był w tamtym czasie jednym z kilku posłów niezrzeszonych, których głosy zapewniały koalicji rządzącej kruchą większość w Sejmie. Klub PiS liczył wówczas 228 posłów, a do większości potrzeba było 231. Mejza głosował niemal zawsze razem z PiS-em — w tym w głosowaniach nad kluczowymi ustawami. Partia rządząca tolerowała jego obecność przez całą kadencję, mimo wiedzy o tym, czego dopuściła się jego firma.
Saga nie skończyła się na tym. Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze wszczęła śledztwo dotyczące oświadczeń majątkowych Mejzy — ustalono, że poseł nie ujawnił w oświadczeniu mieszkania figurującego w księgach wieczystych, a po korekcie wpisał nieprawdziwą powierzchnię. Według najpoważniejszego z zarzutów ukrył też prywatne pożyczki na prawie 500 tysięcy złotych, co mogło służyć ukryciu osób, od których był finansowo zależny. W październiku 2024 roku prokuratura skierowała wniosek o uchylenie immunitetu — sejmowa komisja regulaminowa zarekomendowała uchylenie. Mejza zapowiedział, że sam się go zrzeknie, bo ma „czyste sumienie”.
Tymczasem w październiku 2025 roku policja zatrzymała posła na drodze ekspresowej jadącego 200 km/h — 80 km powyżej dozwolonego limitu. Mejza odmówił przyjęcia mandatu, powołując się na immunitet parlamentarny. Dopiero w marcu 2026 roku złożył dokumenty o zrzeczeniu się ochrony w sprawach drogowych — łącznie w dziesięciu przypadkach znacznego przekroczenia prędkości.
Przypadek Mejzy jest szczególny z kilku powodów naraz. Po pierwsze, skala moralna zarzutów — biznes oparty na manipulowaniu rodzinami umierających dzieci — wykracza poza zwykłe kolizje drogowe czy fałszywe oświadczenia majątkowe. Po drugie, poseł przez całą tę historię cieszył się pełną ochroną immunitetową, a partia rządząca dbała o jego polityczną przydatność. Po trzecie, immunitet był tu używany wielowymiarowo: jako tarcza przed prokuraturą w sprawie oświadczeń majątkowych, jako instrument odmowy przyjęcia mandatu za jazdę z prędkością niebezpieczną dla innych uczestników ruchu, i jako bilet pozwalający mu spokojnie zasiadać w Sejmie mimo tego, co o nim wiedziano. To rzadki przykład, w którym nie jedna, lecz kilka patologii immunitetu zbiegła się w jednej postaci.
PRZYPADEK 7 · KO / SENAT, 2021–2024 · PRZYPADEK SPORNY I NIEROZSTRZYGNIĘTY
Tomasz Grodzki — marszałek, który przewodniczył obradom nad własnym immunitetem
Sprawa Tomasza Grodzkiego jest przypadkiem szczególnie trudnym do jednoznacznej oceny — i właśnie dlatego zasługuje na oddzielne omówienie. Grodzki, profesor chirurgii i marszałek Senatu X kadencji, stanął w obliczu poważnych zarzutów prokuratorskich dotyczących korupcji, jednocześnie kwestionując legitymację samej prokuratury. Jego historia ilustruje wszystkie dylematy, jakie instytucja immunitetu rodzi w społeczeństwie głęboko podzielonym politycznie.
W marcu 2021 roku Prokuratura Regionalna w Szczecinie skierowała do Senatu wniosek o uchylenie immunitetu Grodzkiemu. Prokuratura, pod przewodnictwem upolitycznionego prokuratora, zarzucała mu przyjmowanie korzyści majątkowych od pacjentów lub ich rodzin w czasie, gdy był dyrektorem szpitala specjalistycznego w Szczecinie i ordynatorem Oddziału Chirurgii Klatki Piersiowej. Według ustaleń śledczych pieniądze — od 1500 do 7000 złotych, przekazywane w kopertach — miały zapewnić pacjentom szybsze wykonanie operacji lub osobisty nadzór chirurga. Z zeznań przesłuchanych świadków wynikało, że na oddziale „wiedza o tym, że doktor Grodzki przyjmuje łapówki była powszechna”. Grodzki konsekwentnie i kategorycznie zaprzeczał wszystkim zarzutom.
Sprawa nabrała osobliwego wymiaru proceduralnego: kiedy w maju 2022 roku Senat głosował nad uchyleniem immunitetu marszałka, obradom przewodniczył sam zainteresowany — Tomasz Grodzki. Wynik: 47 za uchyleniem, 52 przeciw.
Pierwsza komplikacja była proceduralna: Senat pod kierownictwem samego Grodzkiego najpierw pozostawił wniosek bez rozpoznania, wskazując na braki formalne, co wymusiło na prokuraturze złożenie wniosku ponownie. Druga komplikacja była polityczna: Grodzki publicznie twierdził, że prokuratura jest „zbrojnym ramieniem ministra Ziobry” i że podda się śledztwu dopiero wówczas, gdy instytucje wymiaru sprawiedliwości staną się niezależne. Donald Tusk wspierał tę narrację, uzależniając ewentualne zrzeczenie się immunitetu przez Grodzkiego od uprzedniej reformy prokuratury. Wniosek o uchylenie immunitetu był więc torpedowany zarówno proceduralnie, jak i politycznie — przez izbę, której Grodzki przewodniczył.
Po wyborach 2023 roku i zmianie rządu nowe kierownictwo Prokuratury Regionalnej w Szczecinie, mianowane przez prokuratora generalnego Adama Bodnara, wycofało w lutym 2024 roku wniosek o uchylenie immunitetu. Oficjalnym uzasadnieniem były „istotne niespójności tez wniosku z tezami aktu oskarżenia” w równoległej sprawie oraz „liczne braki i błędy formalne”. Prokuratura zaznaczyła, że zeznania świadków „wykluczają możliwość postawienia zarzutów” Grodzkiemu. W lipcu 2025 roku śledztwo wobec senatora zostało umorzone.
Sprawa Grodzkiego jest w tym zestawieniu przypadkiem innego rodzaju niż pozostałe. Grodzki nigdy nie został skazany, a twierdzenia o jego niewinności nie zostały obalone przez niezależny sąd — bo do żadnego procesu nie doszło. Można jednak wyodrębnić elementy dotyczące samej instytucji immunitetu, które są bezsporne: po pierwsze, marszałek przez lata aktywnie utrudniał procedurę, przewodnicząc obradom, które dotyczyły jego własnej sprawy — co jest osobliwością ustrojową bez precedensu w nowszej historii polskiego parlamentaryzmu. Po drugie, wniosek o uchylenie immunitetu trafił ostatecznie do izby rządzonej przez partię zainteresowanego, a wynik głosowania (52 do 47) był wynikiem podziału czysto partyjnego. Po trzecie, wycofanie wniosku przez prokuraturę mianowaną przez nowy rząd — rząd partii Grodzkiego — wzbudziło uzasadnione pytania o niezależność tej decyzji, choć prokuratura twierdziła, że miała podstawy merytoryczne. Niezależnie od winy lub niewinności Grodzkiego, sprawa pokazuje, że system, w którym izba parlamentarna głosuje nad immunitetem jednego ze swoich liderów, jest systemem, który nie daje gwarancji bezstronności — niezależnie od tego, która strona jest przy władzy.





