Są obrazy, które czasami mówią więcej niż raporty środowiskowe. A zdjęcia z dzisiejszego spaceru po terenach przyrodniczych w rejonie Kościna nie potrzebują wielkiego komentarza. Drewniany pomost prowadzi w stronę tego, co jeszcze niedawno musiało być otwartym lustrem wody – dziś kończy się w gęstym szuwarze, wśród traw sięgających metra wysokości. Tam, gdzie kiedyś zapewne pluskała woda, widać zbite trzcinowisko, a jedyny widoczny zbiornik to niewielkie, ciemne rozlewisko wielkości kilku metrów kwadratowych, w połowie pokryte roślinnością. To nie jest już jezioro w sensie hydrologicznym – to torfowisko przejściowe, ekosystem lądowiejący w oczach.
Konstrukcja pomostu – widoczne wygięcia desek, ich przebarwienia i postępująca degradacja drewna – to typowy obraz infrastruktury, która przez lata nie była remontowana, ale też sygnał czegoś więcej: platformy widokowe budowano tu z myślą o kontakcie z wodą i ptactwem wodno-błotnym. Dziś patrzą one w stronę roślinności, nie wody.

Obawy mieszkańców, dotyczące zamiaru budowy żwirowni w Kościnie, nie biorą się znikąd. Jezioro Kościńskie, do którego odnosi się nazwa okolicy, ma udokumentowaną, wieloletnią historię zaniku. Można je było znaleźć w lesie w Kościnie tuż przy polsko-niemieckiej granicy. Obecnie jezioro całkowicie wyschło, a jego brzegi porosły szuwarami. To dokładnie ten sam mechanizm, który widać dziś na zdjęciach z Ptasiego Zakątka, które znajduje się na obrzeżach Kościna: postępujące zarastanie, kurczenie się tafli wody, zamiana jeziora w torfowisko.
Nie jest to zjawisko odosobnione w skali kraju. Podobne procesy – choć w innych regionach – obserwuje się między innymi na Pojezierzu Gnieźnieńskim, gdzie w ostatnich latach jeziora takie jak Wilczyńskie czy Kownackie niemal całkowicie zniknęły, a badacze i samorządowcy wprost łączą to zjawisko z jednoczesnym działaniem suszy hydrologicznej, zmian klimatu oraz funkcjonowania pobliskich odkrywek i wyrobisk, które obniżają lokalne zwierciadło wód gruntowych. W przypadku Pojezierza Gnieźnieńskiego szacuje się, że sama jedna odkrywka odprowadza rocznie tyle wody, ile mieści największe jezioro regionu – co pokazuje skalę, w jakiej działalność wydobywcza może konkurować z jeziorami o zasoby wodne. Analogiczne protesty mieszkańców przeciwko rozbudowie żwirowni – z obawy o degradację terenów zielonych i wód – toczą się też w innych częściach Polski, np. w gminie Kościerzyna na Kaszubach, gdzie mieszkańcy wprost mówią o „bezpowrotnej degradacji” terenu i fikcyjności rekultywacji po zakończeniu wydobycia.

Dlaczego żwirownia nie jest sprawą obojętną dla wody?
Z punktu widzenia hydrogeologii żwirownia to nie jest tylko dziura w ziemi, z której znika kruszywo. To ingerencja w cały lokalny system krążenia wody, i to na kilku poziomach jednocześnie:
1. Odsłonięcie i drenaż zwierciadła wód gruntowych. Wydobycie żwiru najczęściej schodzi poniżej poziomu wód gruntowych. Aby prowadzić eksploatację „na sucho”, konieczne jest odwadnianie wyrobiska – czyli ciągłe pompowanie wody, która w naturalnych warunkach zasilałaby okoliczne jeziora, oczka wodne i mokradła. Efekt jest podobny do wyciągnięcia korka z wanny: poziom wód w promieniu nawet kilku kilometrów może się obniżyć, zanim ktokolwiek zauważy to na powierzchni.
2. Zmiana kierunków przepływu wód podziemnych. Wyrobisko żwirowe, szczególnie głębokie, staje się nowym, sztucznym punktem drenażu terenu. Woda, która wcześniej zasilała podmokłe łąki i jeziorka, zaczyna „spływać” w stronę wyrobiska. To zjawisko jest dobrze opisane w literaturze hydrogeologicznej i potwierdzone w praktyce – właśnie tak tłumaczy się zanik jezior w sąsiedztwie czynnych odkrywek kruszywa w Wielkopolsce.
3. Naruszenie warstw nieprzepuszczalnych. Wiele podmokłych ekosystemów, w tym torfowiska i płytkie jeziora, utrzymuje wodę dzięki naturalnym warstwom gliny lub iłu, które działają jak „miska” zatrzymująca wodę powyżej głębszych, przepuszczalnych warstw piasków i żwirów. Eksploatacja żwiru bardzo często przebija właśnie te warstwy nieprzepuszczalne – i wtedy woda z „miski” zaczyna uciekać w głąb, do warstw wodonośnych położonych niżej. Proces ten bywa nieodwracalny.
4. Kumulacja ze zmianami klimatycznymi. Nawet bez żwirowni region zmaga się z deficytem opadów i coraz cieplejszymi latami. Dodatkowe, sztuczne obniżenie zwierciadła wód gruntowych w takich warunkach nie sumuje się liniowo, tylko przyspiesza degradację – ekosystem, który i tak jest na granicy wytrzymałości, traci ostatni bufor.
Czy protesty mieszkańców są zasadne?
Patrząc na dostępne dane i analogie z innych regionów Polski – tak, protesty mają solidne podstawy merytoryczne, a nie są wyłącznie emocjonalną reakcją na zmianę krajobrazu. Jezioro Kościńskie ma udokumentowany, wieloletni trend zanikania, niezależny od planów żwirowni – co oznacza, że teren już dziś znajduje się w stanie deficytu wodnego, a nie w stabilnej równowadze. Ekosystem przy ścieżce przyrodniczej (dawne jeziorko, dziś torfowisko z resztkami trzcinowiska) pokazuje, że proces lądowienia jest zaawansowany – dodatkowe obniżenie zwierciadła wód gruntowych może być tym czynnikiem, który przesądzi o ostatecznym zaniku pozostałości wody, a wraz z nią – siedlisk ptaków wodno-błotnych.
Zaniedbana, niszczejąca infrastruktura turystyczna (spróchniałe deski, wyblakłe tablice, brak oświetlenia) sugeruje też brak systemowej opieki nad tym terenem ze strony gminy już teraz – co samo w sobie nie dowodzi winy żwirowni, ale pokazuje, że obszar nie jest traktowany priorytetowo, a to zwiększa ryzyko, że ewentualne negatywne skutki inwestycji nie zostaną odpowiednio monitorowane ani naprawione.
Uczciwie trzeba też dodać: branża wydobywcza konsekwentnie podkreśla, że nowoczesne żwirownie mogą być prowadzone z poszanowaniem stosunków wodnych – np. przez eksploatację powyżej zwierciadła wód gruntowych, etapowanie prac czy odtwarzanie zbiorników po zakończeniu wydobycia. Inwestycje tego typu bywają też źródłem dochodów gminy. Ostateczna ocena, czy konkretny projekt spełnia te warunki, zależy jednak od szczegółów dokumentacji technicznej i geologicznej, których na tym etapie – bez dostępu do konkretnego wniosku inwestora – nie sposób ocenić z zewnątrz.
Jeszcze kilka lat temu
Wystarczy zestawić zdjęcia lotnicze z Kościna i okolic sprzed kilku lat z tym, co widać dziś z poziomu pomostu, żeby zrozumieć skalę problemu. Na archiwalnym ujęciu jezioro to wyraźna, zwarta tafla wody o nieregularnym, ale czytelnym kształcie – z pomostem, dojściem od strony zabudowań i wyraźną granicą między wodą a lądem. Dziś ta sama granica przesunęła się o dziesiątki metrów, a znaczna część dawnego lustra wody zamieniła się w suchą, spękaną powierzchnię porośniętą szuwarem. To nie jest subiektywne wrażenie mieszkańców ani efekt kąta zdjęcia – to udokumentowany, mierzalny zanik powierzchni zbiornika w ciągu zaledwie kilku lat.

I co istotne: ten proces dzieje się zanim żwirownia ruszyła. Susza hydrologiczna, obniżenie zwierciadła wód gruntowych, kurczenie się jeziora – to wszystko widać już dziś, gołym okiem, bez żadnej dodatkowej ingerencji górniczej w teren. Innymi słowy, lokalny system wodny już teraz pracuje na granicy wytrzymałości, bez żadnego bufora bezpieczeństwa. To zasadnicza różnica w stosunku do sytuacji, w której inwestycja wchodziłaby na teren o stabilnych, ustabilizowanych stosunkach wodnych – tu tej stabilności po prostu nie ma.
Właśnie dlatego uruchomienie żwirowni w takim miejscu nie jest ryzykiem teoretycznym, tylko realną groźbą przesądzenia sprawy raz na zawsze. Odwodnienie wyrobiska, przecięcie warstw nieprzepuszczalnych czy zmiana kierunków przepływu wód podziemnych – każdy z tych mechanizmów, nałożony na już postępującą suszę hydrologiczną, może nie tyle przyspieszyć zanik jeziora, co całkowicie i nieodwracalnie zdewastować cały lokalny system wodny: jezioro, otaczające je mokradła, ostoję ptaków i wody gruntowe zasilające pobliskie gospodarstwa. W sytuacji, w której natura sama pokazuje już czerwone światło, zgoda na dodatkowe, sztuczne obciążenie tego samego systemu byłaby decyzją podjętą wbrew dowodom leżącym dosłownie na powierzchni.





