W jednej gminie nauczyciele proszą rodziców o papier do drukarki. W innej samorząd ogranicza ogrzewanie w szkołach, bo rachunki za energię rosną szybciej niż subwencja oświatowa. Są miejsca, gdzie mówi się już wprost o zamykaniu placówek, bo utrzymywanie małych szkół staje się dla gmin finansową katastrofą. Tymczasem jedno spotkanie z astronautą to koszt ponad 300 tysięcy złotych, na to ministerstwo nie szczędziło wydatków – dysonans jest tu ogromny.
Kiedy oświata mierzy się z gigantycznymi brakami środków, opinię publiczną obiegły informacje o kosztach organizacji spotkań z polskim astronautą, dr. Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim. Według medialnych doniesień, uczelnie otrzymywały z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego ponad 300 tysięcy złotych na organizację jednego jednodniowego wydarzenia w ramach trasy „IGNIS – Polska sięga gwiazd”. W samym Toruniu kwota miała wynieść około 328 tysięcy złotych. Cała ogólnopolska trasa obejmująca 16 uczelni została oszacowana na około 6 milionów złotych.
Oficjalnie środki przeznaczano na organizację wydarzeń, oprawę techniczną, obsługę oraz wizytę astronauty. Jednak dla wielu Polaków liczby te stały się symbolem oderwania państwowych wydatków od codziennych problemów obywateli. Trudno w takim przypadku nie zadawać pytań, gdy w tym samym czasie dyrektorzy szkół zastanawiają się, z czego zapłacą za ogrzewanie zimą.
W ramach trasy „IGNIS – Polska sięga gwiazd” dr Sławosz Uznański-Wiśniewski odwiedził również Szczecin. Wizyta odbyła się na Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny w Szczecinie. Na Wydziale Elektrycznym przy ul. 26 Kwietnia zaplanowano jego wystąpienie, prezentację eksperymentów oraz panel dyskusyjny. Z kolei w Centrum Dydaktyczno-Badawczym Nanotechnologii przy al. Piastów odbyło się spotkanie z dziećmi i młodzieżą.
Na szkoły brakuje
W wielu samorządach sytuacja oświaty od miesięcy jest dramatyczna. Wójtowie i burmistrzowie alarmują, że subwencje nie pokrywają realnych kosztów funkcjonowania szkół. Gminy dokładają miliony złotych do systemu edukacji, często kosztem inwestycji drogowych, transportu czy lokalnej infrastruktury. W małych miejscowościach coraz częściej pojawia się scenariusz, który jeszcze kilka lat temu wydawał się politycznie niemożliwy – likwidacja szkół podstawowych. Nie dlatego, że brakuje dzieci. Dlatego, że brakuje pieniędzy.
Mieszkańcy słyszą o oszczędnościach, cięciach i konieczności „racjonalizacji wydatków”. Tymczasem kilka godzin spotkania promocyjno-naukowego kosztuje tyle, ile roczne funkcjonowanie niejednej wiejskiej biblioteki albo modernizacja szkolnej kotłowni.
Oczywiście sama idea promocji nauki czy sukcesów polskich naukowców nie budzi sprzeciwu. Polska obecność w projektach kosmicznych to prestiż i szansa na inspirowanie młodych ludzi. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy społeczeństwo widzi gigantyczne dysproporcje pomiędzy tym, na co państwo znajduje miliony, a tym, na co pieniędzy rzekomo brakuje. W takiej sytuacji, dla wielu mieszkańców małych miast i wsi, kosmos zaczyna się nie na orbicie, ale w szkolnych rachunkach za gaz i prąd.
W internecie szybko pojawiły się komentarze pełne frustracji. Internauci pytają, dlaczego państwo potrafi wydać miliony na medialną trasę promocyjną, a jednocześnie nie jest w stanie zapewnić stabilnego finansowania podstawowej edukacji. Pojawiały się także pytania o transparentność wydatków i szczegółowe rozliczenie organizacji wydarzeń. Sprawa dotknęła dużo głębszego problemu niż tylko kosztów jednej kampanii. To kolejny przykład narastającego poczucia, że Polska rozwija się w dwóch różnych rzeczywistościach.
W jednej mówi się o nowoczesnych technologiach, sektorze kosmicznym i wielkich ambicjach. W drugiej nauczyciele organizują zbiórki na wyposażenie klas, a samorządy liczą każdą tonę węgla potrzebną do ogrzania szkół.





