Zostaliśmy wywołani do tablicy przez radnego Krzysztofa Kubistala, który pod infografiką podsumowującą inwestycje Gminy Police za 2025 rok zasugerował, żeby napisać osobny tekst o radach nadzorczych spółek gminnych i sprawdzić, jak to naprawdę przekłada się na życie mieszkańców. Robimy to, tak jak zapowiedzieliśmy: bez dramy, za to z faktami.
Zacznijmy od tego, co widać na infografice. 52,5 mln zł wydatków inwestycyjnych w 2025 roku, 14 projektów z udziałem środków unijnych i krajowych, ponad 166 mln zł łącznej wartości realizowanych przedsięwzięć, ponad 130 mln zł pozyskanego dofinansowania. Same liczby robią wrażenie i nie ma powodu, żeby je podważać. Obwodnica Polic za 121,1 mln zł, odwiert geotermalny, rozbudowa szkoły w Tanowie, droga Nowosiedlecka, kompostownia w Leśnie Górnym, modernizacja MOK. To realne, policzalne rzeczy, część już oddana do użytku, część w trakcie realizacji.
Trzeba jednak od razu zaznaczyć dwie rzeczy, żeby ta narracja nie stała się nieuczciwa wobec poprzedników. Po pierwsze, spora część wymienionych na infografice pozycji to wciąż zapowiedzi albo projekty w toku, a nie ukończone inwestycje: „kolejne projekty w przygotowaniu” to osobna kategoria na tej samej grafice, warta w sumie prawie 77 mln zł, ale jeszcze nierozpoczęta. Po drugie, twierdzenie, że dopiero teraz Police zaczęły cokolwiek inwestować, mija się z prawdą. Obwodnica, geotermia czy kanalizacja na terenach popegeerowskich to procesy rozciągnięte na lata, których przygotowanie, pozyskanie dofinansowania i częściowa realizacja zaczęły się dużo wcześniej niż obecna kadencja. Uczciwie byłoby więc mówić o kontynuacji i finalizacji wcześniej zainicjowanych projektów, a nie wyłącznie o nowym otwarciu.
To jednak margines tej dyskusji. Sedno leży gdzie indziej, i tu wracamy do słów radnego Kubistala o rady nadzorcze. Nasz komentarz o tym, że przy infografice z sukcesami „brakuje jeszcze info o radach nadzorczych”, nie pojawił się przypadkiem, akurat pod tym optymistycznym podsumowaniem inwestycyjnym roku. Pojawił się, bo w tle całej tej narracji o sukcesach toczy się sprawa, z której burmistrz Krystian Kowalewski do dziś nie miał odwagi się wytłumaczyć.
Chodzi o obsadzanie rad nadzorczych spółek gminnych, PEC-u i ZWiK-u, osobami, które nie spełniały ustawowych wymogów kwalifikacyjnych. Rafał Ignaczak, powołany na przewodniczącego rady nadzorczej ZWiK, miał wykształcenie w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi, co nie mieści się w katalogu kwalifikacji przewidzianych dla członków rad nadzorczych spółek z udziałem jednostek samorządu terytorialnego. Mimo to zainkasował za tę funkcję ponad 31 tysięcy złotych brutto. Adrianna Sobczyk, z wykształceniem ekonomicznym, zasiadała w radzie nadzorczej PEC-u od sierpnia 2024 do kwietnia 2025 roku i otrzymała za to ponad 21 tysięcy złotych. Paweł Malinowski miał zasiadać w tej samej radzie na podstawie rzekomo ukończonych studiów MBA, które, jak sam przyznał, w rzeczywistości nie zostały ukończone, a mimo to gmina w odpowiedzi na wniosek o informację publiczną utrzymywała, że jego wykształcenie spełnia wymogi. Samo późniejsze obsadzenie Ignaczaka na stanowisku prezesa w miejskiej spółce także budzi kontrowersje i niesmak.
To nie jest spór o niuanse interpretacyjne. Ustawa o zasadach zarządzania mieniem państwowym jasno określa, kto może zasiadać w takich radach: wykształcenie wyższe, odpowiedni staż zawodowy i spełnienie jednego z dodatkowych warunków, na przykład ukończenie studiów MBA. Jeśli te warunki nie są spełnione, powołanie jest wadliwe, a wynagrodzenie wypłacane z majątku spółki komunalnej, czyli de facto z pieniędzy mieszkańców, budzi zasadne pytania.
Burmistrz Kowalewski na te pytania nie odpowiedział. Nie wyjaśnił, jakie dokumenty przedstawili kandydaci przy powołaniu, kto weryfikował ich kwalifikacje i dlaczego gmina broniła nieprawdziwych informacji o wykształceniu Malinowskiego. Milczenie w tej sprawie jest tym bardziej wymowne, że dotyczy osoby, która przez dwie dekady jako radny sama chętnie zadawała trudne pytania innym włodarzom i krytykowała nieprzejrzyste zarządzanie gminnymi spółkami.
Warto też zwrócić uwagę na moment, w którym ta infografika w ogóle się pojawiła. Nie trafiła do sieci przypadkiem ani w oderwaniu od kalendarza. Pojawiła się jako gotowa narracja sukcesu akurat wtedy, gdy sprawa rad nadzorczych zaczęła się rozrastać z pojedynczego wątku w coś, co coraz trudniej nazwać incydentem, a w tle toczą się już czynności CBA i prokuratorskie. Sam fakt, że grafika o inwestycjach rozeszła się w mediach społecznościowych w tym konkretnym tygodniu, a nie miesiąc czy dwa wcześniej, sam w sobie jest wymowny. Udostępniali ją przede wszystkim radni koalicji rządzącej w Policach, w tym działacze Projektu Police, ugrupowania, które od lat popiera Krystiana Kowalewskiego i którego był on liderem, zanim został burmistrzem – a któremu teraz szefuje kolega Kowalewskiego, wcześniej wspominany Rafał Ignaczak. Trudno o czytelniejszy przykład tego, jak dobra wiadomość gospodarcza bywa wykorzystywana do zagłuszenia złej wiadomości politycznej.
Uderza przy tym coś jeszcze: to nie tylko sam burmistrz unika tematu. Żaden z radnych związanych z jego obozem nie zadał dotąd publicznie pytania o rady nadzorcze, nie zawnioskował o wyjaśnienia, nie upomniał się o odpowiedź w imieniu mieszkańców i ignorowanie mieszkańców. Dlaczego? Milczenie pojedynczej osoby można tłumaczyć niezręcznością, ale milczenie całego zaplecza politycznego to już świadomy wybór. Podobnie zachowują się lokalne media, które utrzymują się w dużej mierze z pieniędzy publicznych z gminy, czyli pośrednio z pieniędzy podatników zarządzanych przez tego samego burmistrza. Zamiast pytań o kwalifikacje członków rad nadzorczych czy o to, kto i jak weryfikował kandydatów, produkują materiały, w których tłem pozostaje narracja sukcesu inwestycyjnego. To nie jest zarzut wobec każdego dziennikarza z osobna, tylko obserwacja pewnego mechanizmu.
I tu dochodzimy do sedna tego, dlaczego rady nadzorcze to nie jest temat oderwany od codziennego życia mieszkańców Polic, jak sugerował w swoim komentarzu radny Kubistal, pytając, jak sprawa rad nadzorczych wpłynie na życie każdego Policzanina – użył takich słów: „zobaczymy jak to wpłynie na życie każdego Policzanina. Z zaznaczeniem, że nie chcę tutaj żądnej dramy „. Zaufanie do władzy nie dzieli się na sekcje, w których w jednej obowiązują zasady, a w drugiej nie. Jeśli burmistrz bez zmrużenia oka obsadzał rady nadzorcze znajomymi wbrew wymogom ustawowym, to na jakiej podstawie mielibyśmy zakładać, że przy rozstrzyganiu przetargów, wyborze wykonawców inwestycji wartych dziesiątki milionów złotych czy podziale środków między poszczególne projekty, zasady są przestrzegane skrupulatnie? Nie chodzi o insynuację, że każda inwestycja z infografiki jest czymś podejrzanym. Chodzi o to, że wiarygodność włodarza buduje się konsekwencją, a nie wybiórczym stosowaniem prawa tam, gdzie jest wygodnie, i milczeniem tam, gdzie robi się niewygodnie.
Dlatego odpowiadamy wprost na pytanie postawione przez radnego Kubistala: to, co dzieje się w radach nadzorczych, wpływa na życie każdego mieszkańca Polic, bo dotyczy tego, czy publicznymi spółkami i publicznymi pieniędzmi zarządza się zgodnie z prawem, czy po znajomości. Inwestycje można policzyć w milionach złotych. Zaufania się nie da, ale traci się je dokładnie w taki sposób, w jaki dzieje się to teraz.
No i ten komentarz Kowalewskiego…
W internetową dyskusję włączył się też sam Krystian Kowalewski – zabrał głos w sprawie rad nadzorczych. I znów pokazał, że albo nie rozumie problemu, albo świadomie go zaciera. Jak zwykle w takich momentach, zamiast konkretnej odpowiedzi na konkretne pytania, dostaliśmy ogólnikowy wywód o rzekomej manipulacji i cudzych złych intencjach:
„Niektórzy używają spraw publicznych przeciwko osobom, które starają się zrobić coś dobrego. Dowolnie manipulują informacją i ferują wyroki przed organami. Czy robią to w celach prywatnych, ekonomicznych, czy dają upust swojej naturze, trudno ocenić. Osobiście ciekawi mnie, czy świadomie służą innym, źle umotywowanym osobom, które w nosie mają interes publiczny, czy to drobne cwaniarstwo i chciwość. Zakładam, że każdy ma sumienie i lustro”.
Warto rozłożyć tę wypowiedź na czynniki pierwsze, bo brzmi efektownie, ale po odarciu z retoryki nie odpowiada na żadne z pytań, które zadano.
Po pierwsze, z tej wypowiedzi wynika logika, w której jedna dobrze zrealizowana inwestycja ma niejako równoważyć decyzje kadrowe podjęte z naruszeniem prawa. To nie jest bilans, który da się w ten sposób zestawić. Obwodnica, geotermia czy nowa szkoła w Tanowie nie mają nic wspólnego z tym, czy ktoś, kto zasiadał w radzie nadzorczej spółki komunalnej, spełniał ustawowe wymogi kwalifikacyjne. Dobra inwestycja nie unieważnia wadliwego powołania, tak samo jak sprawnie poprowadzony remont drogi nie sprawia, że wynagrodzenie wypłacone osobie bez wymaganych kompetencji nagle staje się zgodne z prawem. To dwa zupełnie osobne rachunki i próba ich zlania w jeden to właśnie ta „manipulacja informacją”, o której mówi sam burmistrz, tylko skierowana w odwrotną stronę, niż sugeruje.
Po drugie, nieprawidłowości w tej sprawie nie są czyjąś insynuacją. Przyznał je sam Paweł Malinowski, jeden z powołanych członków rady nadzorczej, który podał się do dymisji. Trudno nazwać manipulacją coś, co osoba bezpośrednio zainteresowana sama potwierdziła, rezygnując ze stanowiska. Jeśli ktoś w tej sprawie miałby się tłumaczyć z niejasnych motywacji, to raczej ci, którzy tę rezygnację próbują teraz relatywizować, niż ci, którzy o nią pytają.
Po trzecie, cała retoryka o cudzych złych intencjach, prywatnych rozgrywkach i „drobnym cwaniarstwie” jest wygodnym sposobem na to, żeby nie mówić o sobie. Burmistrz, pytany wprost o to, kto weryfikował kwalifikacje kandydatów do rad nadzorczych i dlaczego gmina broniła nieprawdziwych informacji o wykształceniu jednego z nich, odpowiada opowieścią o motywacjach nieznanych bliżej „niektórych”. To odwrócenie ciężaru dowodu: zamiast wyjaśnić własną decyzję, każe słuchaczom zastanawiać się nad cudzym sumieniem.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że za tą narracją o spisku i manipulacji stoi zwyczajny strach przed utratą stołka. Łatwiej szukać winy w dziennikarzach, radnych czy anonimowych „innych”, niż przyznać, że to własna decyzja kadrowa naruszała prawo. Kowalewski przez lata jako radny sam chętnie rozliczał innych z podobnych spraw. Dziś, gdy sam znalazł się po drugiej stronie pytania, zamiast odpowiedzi proponuje mieszkańcom zagadkę moralną o cudzym sumieniu i lustrze. To niewiele mówi o rzekomych manipulatorach, za to sporo mówi o tym, jak burmistrz radzi sobie z niewygodnymi pytaniami pod własnym adresem..





