środa, 10 czerwca, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Kraków powiedział: dość. Co referendum nad Wisłą mówi o zachodniopomorskim?

To się miało nie udać. Referenda lokalne w Polsce mają opinię martwego narzędzia – frekwencja zbyt niska, próg nie do przeskoczenia, inicjatorzy się wypalają, a urzędujący włodarz przeżywa. Statystyki są bezlitosne: przez lata zdecydowana większość takich głosowań kończyła się nieważnością, choć niemal wszyscy biorący udział głosowali za odwołaniem. Mechanizm był prosty i skuteczny: wystarczyło zbojkotować głosowanie i zostać na stołku. 24 maja 2026 roku Kraków przełamał tę regułę.

 

Aleksander Miszalski rządził Krakowem niespełna dwa lata. Objął urząd w 2024 roku jako kandydat Platformy Obywatelskiej, wygrywając zaledwie 5434 głosami różnicy po brutalnej kampanii. Schedę przejął po Jacku Majchrowskim, człowieku, który przez 22 lata rządził grodem Kraka tak skutecznie, że jego przeciwnicy w 2016 roku nie zdołali nawet zebrać podpisów pod wnioskiem o referendum.

Miszalski miał być zmianą. Stał się jej karykaturą.

Moment symboliczny przyszedł latem 2025 roku: prezydent wrzucił do sieci nagranie, na którym tańczy na dachu ratusza, w tle anglojęzyczny utwór z tekstem w wolnym tłumaczeniu: „Nawet nie będę się wściekać, jestem młody, czarny i bogaty”. Filmik przylgnął do niego jak klej. Sam Majchrowski, człowiek, który wie, co znaczy rządzić Krakowem dekadami, poprosił następcę, żeby tego więcej nie robił. Coś w wizerunku nowego prezydenta pękło nieodwracalnie. Ale taniec był tylko iskrą. Proch był już dawno usypany.

Lista grzechów: znajoma w każdym polskim mieście

Inicjatorzy referendum, formalnie grupa obywateli deklarujących brak powiązań partyjnych, zebrali katalog zarzutów, który czyta się jak podręcznik patologii samorządowych. Nie ma w nim nic odkrywczego. Jest właśnie dlatego tak celny.

Kolesiostwo i obsada stanowisk. Radni, którzy nagle zostają dyrektorami spółek miejskich. Osoby siedzące jednocześnie w kilku radach nadzorczych. Ludzie bez odpowiednich kwalifikacji obejmujący ważne funkcje doradcze. Znajomi z partyjnego klucza inkasujący sześciocyfrowe premie. Jeden z krytyków Miszalskiego stwierdził wprost, że poziom kolesiostwa po zaledwie roku rządów przekroczył to, co Majchrowski budował przez dwie dekady. Prezydent zaprzeczał i wskazywał na poprzednika. Mieszkańcy wyciągnęli własne wnioski.

Strefa Czystego Transportu. Wprowadzona bez dostatecznych konsultacji, pełna luk i błędów, wbrew wyraźnym oczekiwaniom części Krakowian co do tempa i zakresu zmian. W ostatnich tygodniach przed referendum Miszalski sam ogłosił „Wielką Korektę” SCT, co niektórzy odczytali jako przyznanie się do błędu, inni jako przejaw paniki.

Zadłużenie miasta, podwyżki, biurokracja. Droższe bilety komunikacji miejskiej, wydłużone godziny płatnego parkowania, opłaty za parkowanie w niedzielę w centrum – każda z tych decyzji osobno byłaby może do przełknięcia. Razem tworzyły obraz władzy, która nie słucha.

Błazenady i cynizm. Komitet referendalny nie gryzł się w język: zarzucał prezydentowi „cynizm”, „egoizm” i zachowanie niegodne urzędu. Twardy język, ale trafiający w coś, co wielu mieszkańców czuło.

Miszalski bronił się, tłumaczył, korygował. Nazwał referendum „poligonem wielkiej polityki” i „dogrywką wyborczą”. Miał rację, że opozycja chętnie podchwyciła inicjatywę, wspierali ją politycy PiS, Konfederacji i środowisko Łukasza Gibały, głównego rywala Miszalskiego z wyborów 2024. Miał jednak mniej racji, sądząc, że to wystarczy, by zdyskredytować samą inicjatywę.

24 maja: liczby, które mówią wszystko

Próg ważności referendum w sprawie prezydenta wynosił 3/5 liczby głosujących w II turze wyborów samorządowych z 2024 roku — czyli 158 555 osób, co odpowiadało mniej więcej 27 procentom uprawnionych. Dla odwołania Rady Miasta próg był wyższy: 30,59 procent.

Frekwencja wyniosła — według sondażu exit poll OGB dla Polsat News — 33,4 procent. Oba progi przekroczone. Za odwołaniem prezydenta zagłosowało 97,8 procent uczestników. Za odwołaniem Rady Miasta — 96 procent. Przedterminowe wybory prezydenta Krakowa muszą się odbyć w ciągu 90 dni.

Zabrze, Elbląg, Bytom: Kraków nie jest pierwszy, ale jest największy

Kraków to nie pierwsze miasto w tej kadencji, które skorzystało z narzędzia referendum. To jednak pierwsze tak duże. Wcześniej mieszkańcy Zabrza odwołali w maju 2025 roku prezydent Agnieszkę Rupniewską, zaledwie rok po jej wyborze. Zarzucano jej szkodliwą politykę finansową: masowe zwolnienia w samorządowych jednostkach, podwyżki opłat lokalnych, rezygnację z przedsięwzięć kulturalnych, przedłużający się proces prywatyzacji Górnika Zabrze. Frekwencja przekroczyła wymagany próg, a 27 tysięcy z niespełna 30 tysięcy głosujących powiedziało: nie.

W tej kadencji, jak wynika z danych Serwisu Samorządowego PAP, odbyły się łącznie 83 referenda w sprawie władz lokalnych. Odwołano dwóch prezydentów, sześciu burmistrzów i trzech wójtów oraz pięć rad. Wśród miast, które skorzystały z tego narzędzia, były m.in. Bytom i Elbląg. Jeszcze w samych miesiącach maj-lipiec 2025 roku przeprowadzono w Polsce 9 referendów w sprawie odwołania włodarzy — wójtów, burmistrzów i prezydentów. Fala jest zauważalna.

Narzędzie, które odzyskuje znaczenie

Przez lata panował konsensus: referendum lokalne to fikcja. Przepisy skonstruowano tak, żeby chroniły urzędujących. Progi frekwencyjne były wysokie, czas na zbieranie podpisów krótki, a strach przed podawaniem numeru PESEL na listach poparcia skutecznie redukował liczbę chętnych. Nawet jeśli głosowanie się odbyło, nieważność była normą: statystycznie ponad 86 procent referendów kończyło się w ten sposób.

Kraków może zmienić tę narrację.

Nie dlatego, że prawo nagle stało się łatwiejsze, choć trwają prace parlamentarne nad nowelizacją przepisów, która miałaby uprościć organizację takich głosowań. Ale dlatego, że pokazał, iż w odpowiednich warunkach, gdy zarzuty są konkretne, mobilizacja realna, a frustracja wystarczająco głęboka, próg da się przekroczyć nawet w mieście liczącym ponad pół miliona uprawnionych wyborców.

To ważny sygnał. Ale jest też drugi, głębszy. Polacy coraz lepiej rozumieją, jakie narzędzia mają do dyspozycji. Inicjatywy referendalne mnożą się, nie tylko w Krakowie i Zabrzu, ale też w Cieszynie, Wrocławiu (gdzie ruch SOS Wrocław omal nie zebrał wymaganych 46 tysięcy podpisów), w dziesiątkach mniejszych gmin. Mieszkańcy pytają, jak zebrać podpisy, jakie są terminy, co grozi za błędy formalne. To nie jest bunt. To dojrzewanie. Przez lata demokracja lokalna w Polsce działała na zasadzie: wybierasz raz na cztery lata i czekasz. Teraz coraz więcej ludzi mówi: wybieramy, ale nie rezygnujemy z kontroli. I sięgają po narzędzia, które zawsze były w ustawie, ale wydawały się zbyt skomplikowane, zbyt kosztowne, zbyt skazane na porażkę.

Kraków pokazuje, że nie są.

A zarzuty? Takie same od lat, w każdym mieście

Warto się przy tym zatrzymać. Kolesiostwo, obsada rad nadzorczych partyjnymi znajomymi, decyzje podejmowane z pominięciem mieszkańców, bufonada zamiast dialogu, polityczny narcyzm: to nie są specjalności wyłącznie Krakowa. To choroba układowa polskiego samorządu, trafiająca zarówno do wielkich miast, jak i małych gmin, niezależnie od koloru partyjnego władzy.

Zarzuty, które skończyły karierę Miszalskiego nad Wisłą, są identyczne z tymi, które od lat słyszy się w dziesiątkach innych ratuszów. Różnica polega na tym, że tym razem znalazła się wystarczająco duża i zdeterminowana grupa mieszkańców, która postanowiła skorzystać z prawa, a nie tylko narzekać przy kawie. Pytanie, które teraz wisi w powietrzu, brzmi: gdzie będzie następne referendum? Na Pomorzu Zachodnim o referendum mówi się w gminach Kołbaskowo, Dobra, Nowogard, Police, Barlinek, Dębno, czy też od niedawna w Świnoujściu.

Popularne Artykuły