To był mecz, który długo nie chciał się ułożyć według żadnego scenariusza – ani dla gospodarzy, ani dla gości. Tempo, zwroty akcji i nerwowa końcówka sprawiły, że kibice w Szczecinie dostali dokładnie to, czego oczekuje się od ligowego hitu: emocje do ostatniej minuty.
Początek należał do Dzików. Warszawski zespół wszedł w spotkanie bez kompleksów, od razu trafiając z dystansu i budując szybkie 0:8. Horton i Vander Plas nadali ton – dynamicznie, bez wahania, z dużą pewnością siebie. King przez kilka pierwszych minut wyglądał na zaskoczonego tempem rywala. Dopiero akcje Popovicia pod koszem i wejście Żołnierewicza pozwoliły gospodarzom wrócić do gry. To właśnie on przełamał impas i wprowadził energię, której wcześniej brakowało. Końcówka pierwszej kwarty była już wyrównana, a trójka Ucieszyńskiego zamknęła ją minimalnym prowadzeniem Kinga – 24:22.
Druga kwarta była jak przeciąganie liny. Żadna ze stron nie była w stanie zbudować wyraźnej przewagi, a prowadzenie zmieniało się kilkukrotnie. Dziki utrzymywały się dzięki skuteczności rzutowej – Chavez i Horton regularnie trafiali, utrzymując presję. King odpowiadał bardziej zespołowo – Novak porządkował grę, Popović pracował pod koszem, a Żołnierewicz pozostawał najbardziej aktywnym ogniwem. Mimo to to goście schodzili na przerwę z prowadzeniem 47:45, wykorzystując momenty chaosu w grze gospodarzy.
Po przerwie obraz meczu zmienił się wyraźnie. King wyszedł na parkiet bardziej skoncentrowany i fizyczny. Popović zaczął dominować w pomalowanym, a trafienia Gielo – szczególnie zza łuku – wyraźnie podcięły skrzydła Dzikom. Gospodarze zaczęli kontrolować tempo, lepiej zbierać i ograniczać straty. Przewaga rosła stopniowo, aż w pewnym momencie sięgnęła dwunastu punktów. To był fragment, w którym King wyglądał jak drużyna mająca wszystko pod kontrolą – zarówno w ataku, jak i w obronie. Po trzech kwartach było 70:60 i wydawało się, że mecz zaczyna się zamykać.
Ale czwarta kwarta pokazała, że Dziki nie zamierzają się poddać. Powrót zaczął się od rzutów za trzy – Horton ponownie przejął inicjatywę, a Chavez dołożył swoje punkty. Strata topniała z każdą akcją, aż w końcu goście doprowadzili do remisu. W hali zrobiło się nerwowo, a momentum wyraźnie przechyliło się na stronę przyjezdnych. Wtedy jednak King odpowiedział doświadczeniem. Novak uspokoił grę, a Żołnierewicz wziął odpowiedzialność za kluczowe akcje. Gospodarze ponownie odskoczyli na kilka punktów i – co najważniejsze – nie oddali już kontroli w tej potyczce. W samej końcówce decydowała skuteczność z linii rzutów wolnych. Żołnierewicz nie pomylił się w najważniejszych momentach, zamykając mecz.
Dziki jeszcze próbowały – szybkie akcje, rzuty z dystansu, walka o każdą piłkę – ale zabrakło im jednego, dwóch posiadań. Ostatecznie King wygrał 91:88 w meczu, który był ciągłą walką o rytm i przewagę.





