Do Sejmu trafiła petycja o zniesienie obowiązkowej matury z matematyki. Jej autorka przekonuje, że egzamin – zamiast wyrównywać szanse – pełni dziś funkcję selekcyjną. Dyskusja, która przetoczyła się przez sejmową Komisję do Spraw Petycji, pokazała jednak, że spór nie dotyczy wyłącznie emocji czy indywidualnych historii uczniów. W centrum stoi matematyka – jako przedmiot, narzędzie i bariera.
System egzaminacyjny jest w tym przypadku bezwzględny. Aby zdać maturę, wystarczy – i jednocześnie trzeba – uzyskać minimum 30 proc. punktów z matematyki na poziomie podstawowym. Ten próg działa jak filtr: nawet bardzo dobry uczeń, który osiąga wysokie wyniki z innych przedmiotów, bez przekroczenia tej granicy nie uzyska świadectwa dojrzałości.
W praktyce oznacza to, że matematyka pełni funkcję egzaminu „blokującego”. Nie premiuje najlepszych – bo próg jest niski – ale skutecznie eliminuje tych, którzy go nie przekroczą. To właśnie ten mechanizm stał się jednym z głównych argumentów krytyków obecnego systemu.
Zwolennicy zniesienia obowiązkowej matury z matematyki wskazują, że problem nie leży wyłącznie w samym egzaminie, lecz w całym procesie nauczania. Brak podziału na grupy według poziomu zaawansowania, niedostosowanie tempa pracy i ograniczony dostęp do indywidualnego wsparcia sprawiają, że matematyka staje się przedmiotem silnie zależnym od kapitału społecznego.
W praktyce oznacza to prostą zależność: uczniowie, których rodziny stać na korepetycje, znacznie częściej przekraczają próg 30 proc. Ci, którzy takiego wsparcia nie mają, częściej zderzają się z barierą nie do przejścia. Matematyka – zamiast narzędzia uniwersalnego – staje się w tym ujęciu mechanizmem reprodukującym nierówności.
Argument przeciwny: bez matematyki system się rozpadnie
Sejmowe Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji zajęło jednoznaczne stanowisko: zniesienie obowiązkowej matury z matematyki mogłoby pogłębić zjawisko „ucieczki od matematyki” i utrwalić podział na „humanistów” i „umysły ścisłe”.
Z tej perspektywy matematyka nie jest tylko jednym z przedmiotów, lecz fundamentem kompetencji analitycznych. Rezygnacja z obowiązkowego egzaminu oznaczałaby – według ekspertów – obniżenie motywacji do nauki i dalsze pogorszenie jakości kształcenia w tym obszarze.
Najbardziej wyraziste argumenty padły jednak ze strony środowisk zajmujących się zdrowiem psychicznym i neuroróżnorodnością. W trakcie obrad komisji wskazywano, że w przypadku części uczniów – szczególnie z dyskalkulią – problem nie dotyczy braku pracy czy motywacji, lecz ograniczeń poznawczych.
Dyskalkulia, sklasyfikowana jako zaburzenie neurorozwojowe, oznacza trwałe trudności w przetwarzaniu informacji liczbowych. W takich przypadkach nawet intensywna nauka nie prowadzi do przekroczenia wymaganego progu. Matematyka przestaje być wtedy wyzwaniem edukacyjnym, a staje się barierą systemową.
Spór o maturę z matematyki dotyka więc fundamentalnego pytania: czym powinna być matematyka w systemie edukacji? Czy uniwersalnym językiem kompetencji, który każdy powinien opanować przynajmniej na podstawowym poziomie, czy też jednym z wielu obszarów wiedzy, w którym uczniowie mogą się specjalizować – lub nie?
Obecny model zakłada, że minimalna znajomość matematyki jest niezbędna dla wszystkich. Krytycy odpowiadają: ten „minimalny poziom” w praktyce nie jest osiągalny dla każdego.
Na razie nic się nie zmienia
Matematyka pozostaje obowiązkowa, a egzamin na poziomie podstawowym odbędzie się 5 maja 2026 roku. Aby go zdać, maturzyści nadal będą musieli zdobyć co najmniej 30 proc. punktów.
Petycja jednak nie znika. Sejmowa komisja zdecydowała o skierowaniu sprawy do premiera oraz kluczowych resortów. Ostateczne rozstrzygnięcia jeszcze nie zapadły.
W tle pozostaje pytanie, które nie dotyczy już tylko egzaminu: czy matematyka w polskiej szkole jest narzędziem rozwoju, czy granicą, której część uczniów – niezależnie od wysiłku – nigdy nie przekroczy.





