Unijny system handlu emisjami ETS miał być jednym z głównych narzędzi finansowania transformacji energetycznej. W praktyce – jak wynika z analizy opublikowanej przez OKO.press – Polska od lat wykorzystuje te środki inaczej, niż zakładają unijne regulacje. Skala zjawiska liczona jest w dziesiątkach miliardów złotych.
Mechanizm ETS opiera się na zasadzie „zanieczyszczający płaci”. Firmy emitujące CO₂ muszą kupować uprawnienia, a wpływy z ich sprzedaży trafiają do budżetów państw członkowskich. Zgodnie z zasadami UE środki te powinny być przeznaczane na cele klimatyczne – początkowo w co najmniej 50 proc., a obecnie w całości.
Polska formalnie uczestniczy w systemie, ale sposób wydatkowania środków budzi poważne wątpliwości.
W latach 2019–2023, czyli w drugiej kadencji rządów PiS, Polska uzyskała z ETS dokładnie 95,26 mld zł. Z tej kwoty aż 68,78 mld zł trafiło bezpośrednio do budżetu państwa. Na cele jednoznacznie związane z klimatem przeznaczono około 1,17 mld zł – co stanowiło zaledwie 1,74 proc. całości.
Reszta środków została rozdysponowana głównie na działania osłonowe i wsparcie gospodarki. Wśród największych pozycji znalazły się dopłaty do cen energii (Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny), rekompensaty dla przemysłu energochłonnego, środki przekazywane bezpośrednio do budżetu. Przykładowo w 2021 roku wpływy z ETS wyniosły 25,3 mld zł, z czego ponad 24,3 mld zasiliło budżet państwa. Podobny schemat powtarzał się w kolejnych latach.
Zmiana rządu bez zmiany kierunku
Po wyborach w 2023 roku nie nastąpił wyraźny zwrot w polityce wydatkowania środków. W latach 2024–2025 Polska uzyskała z ETS ponad 32,55 mld zł. Do budżetu trafiło 26,21 mld zł. Na cele klimatyczne przeznaczono zaledwie około 32 mln zł. To oznacza, że udział tych wydatków wyniósł 0,0983 proc. – mniej niż jedna dziesiąta procenta całej kwoty.
Pozostałe środki, podobnie jak wcześniej, trafiały głównie do funduszy kompensacyjnych oraz bezpośrednio do finansów publicznych.
Z perspektywy formalnej Polska spełnia wymogi raportowania wobec Unii Europejskiej. Problem polega na tym, że część państw – w tym Polska – stosuje mechanizm tzw. „ekwiwalentu”. Oznacza to, że zamiast wydawać środki z ETS na transformację, wykazuje wydatki klimatyczne finansowane z innych źródeł. W efekcie powstaje sytuacja, w której pieniądze z ETS nie stanowią dodatkowego impulsu inwestycyjnego, lecz w praktyce zastępują inne wydatki.
Analizy ekspertów wskazują, że w ostatnich latach Polska przeznaczała na szeroko rozumianą ochronę klimatu około 9 mld zł rocznie, ale nie były to środki bezpośrednio powiązane z ETS.
Brak systemowego rozwiązania
Jednym z głównych problemów pozostaje brak dedykowanego mechanizmu zarządzania środkami z ETS. W przeciwieństwie do części państw europejskich, Polska nie stworzyła odrębnego funduszu, który w sposób przejrzysty kierowałby te pieniądze na transformację energetyczną.
W Niemczech funkcjonuje np. specjalny fundusz klimatyczny, który finansuje inwestycje w OZE, efektywność energetyczną czy transport. W Polsce podobne rozwiązanie – Fundusz Transformacji Energetycznej – pozostaje na etapie koncepcji.
Debata wokół ETS w Polsce od lat ma wymiar polityczny. System bywa przedstawiany jako obciążenie dla gospodarki, a jego krytycy postulują nawet wyjście z mechanizmu – choć w praktyce jest to nierealne bez zgody całej Unii. Jednocześnie dane pokazują, że ETS jest dla Polski źródłem ogromnych dochodów. Problemem nie jest więc sam mechanizm, lecz sposób zarządzania jego efektami.
Zestawienie danych z ostatnich lat prowadzi do jednoznacznego wniosku: niezależnie od zmiany rządu, sposób wykorzystania środków z ETS pozostaje w dużej mierze niezmienny. Miliardy złotych, które mogłyby przyspieszyć transformację energetyczną, w większości trafiają do bieżącego budżetu lub na działania osłonowe. Cele klimatyczne – mimo formalnych zobowiązań – pozostają na dalszym planie.





