Zapytaliśmy urząd gminy Kołbaskowo, co słychać w sprawie Gminnego Centrum Usług, tego samego „superurzędu”, o którym mówiło się przez wiele miesięcy i który miał kosztować minimum 90 milionów złotych kredytu. Zadaliśmy siedem konkretnych pytań: na jakim etapie jest projekt, czy gmina podtrzymuje zamiar realizacji, czy plan finansowania jest aktualny, czy powstaje dokumentacja, czy jest nowy harmonogram, czy inwestycję przesunięto i ile już na nią wydano.
Odpowiedzi przyszły równie konkretne, co krótkie. Sekretarz gminy, Janusz Kwidzyński informuje:
Na pytanie o zamiar realizacji: nie. O aktualność planu finansowania: nie dotyczy. O dokumentację przetargową: nie dotyczy. O harmonogram: nie dotyczy. O przesunięcie w czasie: nie dotyczy. Cztery na siedem pytań załatwiono jednym wyrażeniem, którego nie trzeba było nawet odmieniać przez przypadki. Jedyna namacalna rzecz, jaką gmina ma do pokazania po miesiącach zapowiedzi, to zakupiona działka i gotowy Program Funkcjonalno-Użytkowy, czyli dokument, który mówi, co mogłoby powstać, gdyby ktokolwiek zdecydował się to jednak zbudować.
Trudno o bardziej wymowny obraz tego, jak wygląda dziś życie tej inwestycji. Przez długie miesiące superurząd był sztandarowym punktem planów Małgorzaty Schwarz, teraz mieści się na czterech linijkach odpowiedzi urzędowej, z których większość brzmi jak automatyczna sekretarka informująca, że numer, pod który dzwonisz, nie istnieje.
Sam pomysł na Gminne Centrum Usług narodził się jako odpowiedź na coś, co rzeczywiście doskwiera mieszkańcom Kołbaskowa: załatwienie sprawy urzędowej często wymaga cierpliwości, niekiedy wyprawy do Polic. Marzenie było spójne: koniec z jeżdżeniem po powiecie, wszystko pod jednym dachem w Przecławiu.
Rzeczywistość okazała się mniej efektowna. Skala i koszt inwestycji, sięgający nawet do 90 milionów złotych kredytu, wywołały opór części radnych i mieszkańców, którzy nie kwestionowali samej potrzeby budowy, tylko jej rozmach. Kluby radnych podkreślały, że podobne inwestycje w innych gminach wiejskich zamykają się w kwotach kilkukrotnie niższych, a decyzja o zadłużeniu na dekady zapadała bez szerokiej debaty publicznej. Krytycy zwracali też uwagę na prostą matematykę: kredytu nie spłacą ani obecni radni, ani wójt, tylko mieszkańcy, przez lata, z budżetu gminy, który przez to będzie miał mniej miejsca na wszystko inne. Tak wielka ambicja, zderzona z tak przyziemnym oporem, dała w efekcie dokładnie to, co widać w odpowiedzi na wniosek: kupioną działkę, gotowy dokument programowy i cztery razy słowo „nie dotyczy”.





