To, czego jesteśmy świadkami w 2026 roku, nie jest efektem złego zarządzania szpitalami. Jest efektem systemowego procesu, który albo wynika z rażącej niekompetencji decydentów, albo — o czym w środowisku coraz głośniej się mówi — jest realizowany celowo. Punkt wyjścia: nadwykonania jako pułapka.
Przez lata system działał w oparciu o niepisaną umowę: szpital realizuje świadczenia ponadlimitowe, bo pacjent nie może czekać, a NFZ — choć wolno i z oporami — w końcu płaci. Dyrektorzy placówek, zarządy, organy założycielskie — wszyscy kalkulowali ryzyko i godzili się na tę grę. Wiedzieli, że to niepewne pieniądze, ale były to pieniądze realne, wypracowane rzeczywistą pracą personelu i zużytymi zasobami.
Dziś ta umowa została zerwana jednostronnie. Szpitale powiatowe, które w ubiegłym roku wykonały świadczenia ponadkontraktowe — często ratując ludzkie życie, bo inaczej się nie da — stoją przed ścianą. NFZ nie ma środków. A zamiast transparentnej odmowy, pojawiają się nieformalne sygnały, które w środowisku określa się wprost jako szantaż: przyjmijcie połowę należności, albo nie dostaniecie nic.
– Rozmawiamy ze sobą przy różnych okazjach i wszyscy, którzy pracujemy w administracji szpitali, mamy te same przemyślenia: to już nie jest ubóstwo, ktoś po prostu szpitale powiatowe chce wykończyć – mówi nasz rozmówca.
Mechanizm nożyc: mniej przychodów, więcej kosztów
Rok 2026 przynosi fundamentalną zmianę po stronie przychodów. Kontrakty z NFZ zostały znacząco obcięte w większości małych szpitali. W wielu placówkach limity na podstawowe procedury wyczerpały się już teraz – jeszcze przed połową roku. Oznacza to jedno: każde kolejne świadczenie wykonane od tej chwili jest albo realizowane „za darmo” (co jest absurdem ekonomicznym), albo — po wewnętrznym wyborze kierownictwa — odkładane, co z kolei tworzy kolejki i realnie zagraża zdrowiu pacjentów.
Jednocześnie po stronie kosztów działa mechanizm odwrotny. Nowe regulacje dotyczące wynagrodzeń personelu medycznego, wchodzą w życie od połowy roku i nakładają na szpitale obowiązek znaczących podwyżek oraz innej organizacji pracy personelu, co będzie generowało dodatkowe koszty. To polityczna decyzja podjęta w fatalnym momencie systemowym: lekarze i pielęgniarki zasługują na godziwe wynagrodzenie, ale pieniędzy na nie po prostu nie ma.
Mamy więc klasyczne nożyce: przychody maleją, koszty rosną. Każdy, kto choćby rok przepracował w zarządzaniu placówką ochrony zdrowia, wie, że taka sytuacja prowadzi do jednego — do utraty płynności finansowej, a następnie do upadłości lub przejęcia.
Dlaczego szpitale powiatowe, a nie inne?
To pytanie wszyscy zadają sobie od miesięcy. Szpital powiatowy ma specyficzną pozycję w systemie. Jest jedynym w promieniu często 30–50 km miejscem, gdzie mieszkaniec mniejszego miasta lub wsi może trafić na izbę przyjęć, urodzić dziecko, przejść planowany zabieg. Nie ma rynkowej alternatywy — pacjent nie „wybiera” innego szpitala, bo innego nie ma. Ta cecha, która powinna czynić placówki powiatowe absolutnym priorytetem polityki zdrowotnej, paradoksalnie czyni je bezbronną ofiarą cięć.
Duże szpitale kliniczne i wielospecjalistyczne mają inne zasoby obrony: prestiż, media, powiązania polityczne, możliwość prowadzenia działalności komercyjnej na szerszą skalę, badania kliniczne finansowane z zewnątrz. Szpital powiatowy w 20-tysięcznym mieście nie ma żadnego z tych instrumentów. Jego jedyną kartą przetargową jest lokalna społeczność — i nawet ta karta traci moc, gdy decydenci kalkulują, że w epoce centralizacji ochrony zdrowia lokalne przywiązanie do „swojego szpitala” to sentyment, nie argument.
Nieformalne propozycje rozliczenia nadwykonań na poziomie 50% wartości należności stanowią de facto wywłaszczenie podmiotów publicznych z środków, które im się prawnie należą. Gdyby podobne praktyki stosował prywatny kontrahent wobec szpitala, byłby to przypadek dla prokuratury.
Obecnie mówi się o dwóch scenariuszach na koniec roku.
Oba scenariusze są złe. Różnią się tylko tym, kto ponosi koszty i kiedy. W pierwszym płaci samorząd i lokalna społeczność. W drugim — płaci pacjent: czasem, zdrowiem, niekiedy życiem.
Co powinno się stać — i czego nie widać
Przez dwie dekady obserwowania systemu ochrony zdrowia można było się nauczyć odróżniać chaos od intencji. Chaos jest losowy, dotyczy wszystkich po równo, wywołuje szybką reakcję naprawczą. To, co widać dziś, jest zbyt konsekwentne, zbyt skierowane w konkretny segment systemu, by uznać je za zwykłą niegospodarność. Brak wypłat za nadwykonania, cięcia kontraktów, nowe obciążenia płacowe — wszystko uderza w ten sam typ placówki, w tym samym czasie.
- transparentne zasady rozliczania nadwykonań zapisane w prawie, a nie pozostawione nieformalnym negocjacjom;
- wieloletni plan kontraktowania dający szpitalom możliwość realnego planowania finansowego;
- odrębna ścieżka finansowania wzrostu kosztów pracy, która nie odbywa się kosztem ograniczania liczby świadczeń.
System ochrony zdrowia w Polsce stoi przed wyborem, który nie jest już tylko finansowy — jest cywilizacyjny. Szpital powiatowy to instytucja infrastrukturalna jak droga czy wodociąg: jej brak zmienia jakość życia i poczucie bezpieczeństwa całych społeczności. Jeżeli w ciągu najbliższych 12 miesięcy nie dojdzie do fundamentalnej zmiany zasad finansowania, część tych placówek nie przetrwa. I będzie to decyzja podjęta nie przez samorządy, nie przez dyrektorów, nie przez personel — lecz przez zaniechanie na poziomie centralnym, które jest najtrudniej rozliczyć i najłatwiej ukryć za słowem „brak środków”.





