Ewa Andruszko, Małgorzata Siemianowska, Ireneusz Todorski, Ewa Ignaczak – kampania lokalnych radnych Koalicji Obywatelskiej w Policach przeciwko hejtowi w internecie wpisuje się w szerszy, ogólnopolski trend porządkowania przestrzeni publicznej w sieci. Hasła są nośne, przekaz emocjonalny, a problem – realny. Trudno bowiem negować, że anonimowe ataki, fałszywe konta i agresja słowna niszczą jakość debaty i często uderzają personalnie, przekraczając granice dopuszczalnej krytyki. Jednak im bardziej jednoznaczny komunikat, tym większa potrzeba zadania pytań o jego konsekwencje. O ile diagnoza problemu wydaje się trafna, o tyle proponowane rozwiązania – przynajmniej w warstwie deklaratywnej – budzą coraz więcej wątpliwości i mają niewiele wspólnego z demokracją.
W materiałach publikowanych przez radnych granica między krytyką a hejtem nie jest jasno określona. Co więcej, z narracji wyłania się obraz, w którym za hejt mogą być uznawane nie tylko wulgarne czy obraźliwe wpisy, ale również komentarze niewygodne, podważające działania lub wiarygodność osób publicznych.
To niebezpieczne uproszczenie.
Demokracja lokalna nie funkcjonuje bez krytyki. Co więcej – nie funkcjonuje bez krytyki ostrej, emocjonalnej, czasem niesprawiedliwej. Granicą powinna być wyłącznie przemoc słowna, groźby, pomówienia czy naruszenie dóbr osobistych w sensie prawnym. Nie zaś subiektywne poczucie dyskomfortu po stronie osoby publicznej. Tymczasem w praktyce coraz częściej obserwujemy próbę rozszerzania tej granicy – a radni z Polic stają się wizytówką tej drogi.
I tu dochodzi problem zakresu krytyki.
Z wypowiedzi i przekazów towarzyszących „kampanii” wynika, że za hejt mogą być uznawane również komentarze odnoszące się nie tylko do działalności publicznej radnych, ale także do ich aktywności zawodowej. To kolejny punkt, w którym rzeczywistość okazuje się bardziej złożona niż kampanijne hasła. W przypadku osób pełniących funkcje publiczne życie zawodowe nie istnieje w próżni. Przedsiębiorca ubiegający się o mandat, nauczyciel mający codzienny kontakt z rodzicami – wyborcami, czy przedstawiciel innych zawodów funkcjonujących w przestrzeni społecznej, siłą rzeczy podlega ocenie także przez pryzmat swojej aktywności poza urzędem. To właśnie ta aktywność buduje wiarygodność, kompetencje i społeczne zaufanie – a więc elementy kluczowe w procesie wyborczym. Ocenianie jej, nawet krytyczne, nie może być automatycznie uznawane za hejt. W przeciwnym razie dochodzimy do sytuacji, w której istotna część publicznej debaty zostaje wyłączona spod kontroli społecznej.
Kolejna kwestia to anonimowość.
Radni wskazują ją jako jedno z głównych źródeł patologii w sieci. I słusznie – anonimowe konta bywają narzędziem manipulacji, prowokacji czy zorganizowanych działań dezinformacyjnych. Ale redukowanie całego problemu do prostego schematu „anonimowy = hejter” jest nie tylko błędne, lecz także potencjalnie szkodliwe. Anonimowość w debacie publicznej pełni również funkcję ochronną. W warunkach silnej polaryzacji społecznej ujawnienie swoich poglądów – zwłaszcza krytycznych wobec lokalnej władzy – może prowadzić do konsekwencji zawodowych, środowiskowych czy towarzyskich. Obawa przed ostracyzmem czy zemstą nie jest abstrakcją, lecz realnym doświadczeniem wielu osób. Odbierając im możliwość anonimowego głosu, odbiera się im de facto prawo do udziału w debacie.
Warto w tym miejscu odwołać się do utrwalonego orzecznictwa sądowego, które jednoznacznie wskazuje: osoby pełniące funkcje publiczne muszą liczyć się ze zwiększoną krytyką. Granice dopuszczalnej oceny ich działań są szersze niż w przypadku osób prywatnych. Nie jest to przywilej obywateli – to fundament systemu demokratycznego. Radny, burmistrz czy poseł nie działa w próżni. Podejmuje decyzje, które wpływają na życie mieszkańców, zarządza środkami publicznymi, kształtuje lokalną politykę. W zamian musi akceptować, że jego działania – a także wiarygodność – będą przedmiotem publicznej oceny. Nie zawsze wygodnej.
Na tym tle pojawia się pytanie najważniejsze: jaki jest rzeczywisty cel tej kampanii?
Jeśli jest nim ograniczenie agresji i przemocy w sieci – trudno się sprzeciwiać. Jeśli jednak w praktyce prowadzi ona do rozmycia granicy między hejtem a krytyką, a następnie do eliminowania tej drugiej, mamy do czynienia z procesem znacznie bardziej niepokojącym. Kto w takim modelu będzie decydował, co jest jeszcze dopuszczalną opinią, a co już niedozwolonym atakiem? Sami radni – czyli osoby bezpośrednio zainteresowane kształtem debaty – zatem trudno tu mówić o bezstronności. Efekt może być łatwy do przewidzenia. Przestrzeń publiczna zostanie oczyszczona nie z hejtu, lecz z niewygodnych głosów. Zniknie krytyka, a wraz z nią realny obraz nastrojów społecznych. Pozostanie komunikat jednostronny.
W Policach – jak pokazują reakcje i ton debaty – coraz wyraźniej widać, że krytyka nie jest mile widziana. Zamiast odpowiedzi na zarzuty pojawia się próba ich delegitymizacji. Zamiast dyskusji – etykieta hejtera. A przecież to właśnie krytyka, nawet ta trudna, bywa najcenniejszym źródłem informacji o stanie lokalnej wspólnoty. Postawa radnych Koalicji Obywatelskiej może być dziś uznana nie za walkę z hejterami, ale za ograniczenie jednego z elementów demokracji. Tego elementu, który jest wygodny wyłącznie dla samych radnych.





