To, o czym mówiono od tygodni, stało się faktem. W piątek 24 lipca Jarosław Kaczyński potwierdził rozłam w PiS, ogłaszając, że ponad 30 posłów odchodzi z partii, komentując to krótko: „Jest, można powiedzieć, w jakimś sensie po wszystkim”.
Konflikt wszedł w decydującą fazę po upływie terminu wyznaczonego parlamentarzystom związanym ze stowarzyszeniem „Rozwój Plus”. Do czwartku 23 lipca mieli oni wybrać między pozostaniem w partii a dalszą działalnością w organizacji założonej przez Mateusza Morawieckiego, przy czym warunkiem pozostania w PiS miało być podpisanie tzw. lojalki – dokumentu zobowiązującego do zerwania z zewnętrznym stowarzyszeniem. 15 lipca Komitet Polityczny PiS przyjął uchwałę żądającą od wszystkich parlamentarzystów partii podpisania takiego oświadczenia pod groźbą wykluczenia. Grupa Morawieckiego odmówiła.
Co do liczb strony się różnią. Kaczyński mówi o „trzydziestu kilku posłach”, podczas gdy sam Morawiecki poinformował, że jego środowisko liczy 40 posłów, jednego senatora i trzech europosłów. Kierownictwo PiS mówi o dobrowolnej rezygnacji, politycy związani z Morawieckim twierdzą, że nie odeszli z własnej woli – to sporne rozróżnienie będzie miało znaczenie prawne i wizerunkowe w nadchodzących tygodniach.
„Maślarze” kontra „harcerze”
Wewnątrz PiS starcie miało też wymiar frakcyjny. Jak pisze Polityka, spór między grupą twardogłowych „maślarzy” a umiarkowanymi „harcerzami” zakończył się pełnym triumfem frakcji Przemysława Czarnka, Jacka Sasina, Patryka Jakiego i Tobiasza Bocheńskiego, co – zdaniem tego źródła – oznacza zwycięstwo opcji radykalnej i dalszy skręt formacji Kaczyńskiego w stronę Konfederacji Korony.
Czarnek przedstawił to jako z góry zaplanowany projekt Morawieckiego: ocenił, że Morawiecki od dawna planował budowę nowej partii, a w rozmowie z udziałem Kaczyńskiego „przez ponad dwie godziny przekonywał, że musi stworzyć nową partię polityczną”, argumentując to możliwością pozyskania elektoratu z lewej strony sceny politycznej.
Sam Kaczyński twierdzi, że do rozłamu nie musiało dojść. Stwierdził, że obiektywnych powodów do podziału, mimo napięć, nie było, i zadeklarował, że potrzebne jest szersze zjednoczenie całej prawicy, a nikt nie ma zamiaru eliminować formacji Morawieckiego. Jednocześnie wprost odciął się od uznania byłego premiera za jednego z liderów prawicy – tytuł artykułu Polsat News mówi wprost: „Morawiecki nie jest jednym z liderów”. Kaczyński zapowiedział też przygotowywanie „nowego zaplecza ekonomicznego” oraz „pomysłów personalnych”, przyznając, że strata Morawieckiego i jego zaplecza jest poważna.
Nieoficjalny obraz sytuacji jest bardziej dramatyczny. Według rozmówców Interii na spotkaniach z prezesem coraz mniej czasu poświęca się na rzeczowe ustalenia, a coraz więcej na anegdoty z przeszłości, a jeden z polityków PiS ocenił wprost, że Kaczyński „walczy dziś o to, by będąc słabszym i akceptując przywództwo Karola Nawrockiego, zachować władztwo nad swoim gospodarstwem”.
Trzecia siła, która na razie milczy
I tu dochodzimy do sedna pytania, które faktycznie wisi dziś nad polską prawicą: kto przejmie schedę, gdy Kaczyński odejdzie z aktywnej polityki?
Sondaż SW Research dla „Rzeczpospolitej” z czerwca pokazuje, że na pytanie o lidera prawicy najwięcej Polaków wskazuje wciąż Jarosława Kaczyńskiego, ale prezydent Karol Nawrocki niewiele mu ustępuje. Co istotne, Nawrocki jako prezydent już pokazał, że potrafi podejmować decyzje wbrew prezesowi PiS – tak było przy nominacji Zbigniewa Kapińskiego na I prezesa Sądu Najwyższego, mimo wyraźnego sprzeciwu Kaczyńskiego.
Historyk prof. Andrzej Nowak posuwa się dalej, oceniając w rozmowie z WP, że Nawrocki jest dziś najważniejszym politykiem w Polsce – nie tylko na prawicy, a Tuska, Sikorskiego i Kaczyńskiego zalicza już do „pokolenia schodzącego”. Kluczowe jest jednak zastrzeżenie: jest bardzo wielu wyborców, którzy popierają Nawrockiego, ale nie wrócą już do PiS – co oznacza, że elektorat prezydenta i elektorat partii Kaczyńskiego to coraz wyraźniej dwa różne zbiory.
Sam Nawrocki na razie oficjalnie nie wchodzi do gry frakcyjnej. Jak zauważa felietonista Interii, prezydent jest już wplątywany w konflikt wewnątrz PiS przez nieprawdziwe narracje (np. sugestie, że Morawiecki blokował jego kandydaturę – co miało przebieg odwrotny), a mimo bliższej ideowo retoryki „twardogłowych”, zachował dobre relacje z Morawieckim i teoretycznie mógłby próbować „zszywać rozpruty PiS” wspólną listą wyborczą. To znacząca różnica względem Waszej tezy: Nawrocki nie tyle „nie musi się opowiadać po żadnej ze stron”, co na razie strategicznie zachowuje ambiwalencję wobec obu, co paradoksalnie umacnia jego pozycję jako podmiotu, do którego mogą się zwrócić obie skłócone strony.





