Polski system ochrony zdrowia od lat zmaga się z niedoborem lekarzy. Dyrektorzy szpitali alarmują o brakach kadrowych, zamykanych oddziałach i problemach z obsadą dyżurów. W wielu placówkach każdy specjalista jest dziś na wagę złota. Tym bardziej zaskakująco brzmi informacja, że około 300 lekarzy spoza Unii Europejskiej straciło właśnie prawo wykonywania zawodu w Polsce.
Powód? Nie chodzi o błędy medyczne, utratę kwalifikacji czy postępowania dyscyplinarne. Problemem okazał się brak formalnego potwierdzenia znajomości języka polskiego na wymaganym poziomie. To kolejny przykład sytuacji, w której przepisy zderzają się z rzeczywistością funkcjonowania ochrony zdrowia.
To jest zauważalne: polskie szpitale od dawna borykają się z niedoborem personelu medycznego. W wielu regionach kraju znalezienie lekarza do pracy graniczy z cudem, a niektóre oddziały funkcjonują dzięki ogromnemu wysiłkowi obecnych pracowników. W czasie pandemii oraz po wybuchu wojny w Ukrainie państwo otworzyło możliwość zatrudniania lekarzy spoza Unii Europejskiej na uproszczonych zasadach. Dzięki temu do polskich szpitali trafili specjaliści z Ukrainy, Białorusi, Gruzji czy innych państw spoza wspólnoty. Dla wielu placówek była to realna pomoc pozwalająca utrzymać ciągłość leczenia pacjentów.
Dziś część tych lekarzy traci uprawnienia.
Nie zdali egzaminu, czy nie zdążyli z dokumentami?
Kluczowe jest jedno rozróżnienie. W wielu przypadkach nie mówimy o lekarzach, którzy nie potrafią komunikować się z pacjentami lub personelem. Mówimy o osobach, które nie przedstawiły w wymaganym terminie oficjalnego dokumentu potwierdzającego znajomość języka polskiego na poziomie B1. To różnica zasadnicza.
Część medyków od lat pracuje w polskich placówkach, prowadzi dokumentację medyczną i codziennie kontaktuje się z pacjentami. Jednocześnie nie wszyscy zdołali w terminie przejść pełną procedurę certyfikacyjną.
W efekcie około 300 osób utraciło prawo wykonywania zawodu.
Sytuacja budzi emocje również dlatego, że parlament przyjął już przepisy wydłużające termin na uzupełnienie dokumentów do maja 2027 roku. Ustawa czeka jednak na podpis prezydenta. Powstał więc paradoks. Z jednej strony państwo dostrzega problem i przygotowuje rozwiązanie pozwalające lekarzom pozostać w systemie. Z drugiej strony część izb lekarskich rozpoczęła już procedury wygaszania uprawnień.
Niektóre samorządy zawodowe postanowiły poczekać na ostateczne rozstrzygnięcia legislacyjne. Inne konsekwentnie realizują obowiązujące przepisy.
Gdzie zdrowy rozsądek?
Samorząd lekarski podkreśla, że znajomość języka jest niezbędna dla bezpieczeństwa pacjentów. Trudno się z tym nie zgodzić. Lekarz musi rozumieć pacjenta, dokumentację medyczną i procedury. Pytanie brzmi jednak, czy najlepszym rozwiązaniem jest automatyczne wygaszanie uprawnień osobom, które od miesięcy lub lat pracują w polskich placówkach i często pozytywnie przeszły praktyczną weryfikację podczas codziennej pracy?
Krytycy obecnych działań zwracają uwagę, że system powinien rozróżniać sytuacje, w których lekarz faktycznie nie potrafi komunikować się po polsku, od przypadków, gdy problem dotyczy wyłącznie formalnego potwierdzenia już posiadanych kompetencji.
Choć 300 lekarzy nie rozwiąże wszystkich problemów kadrowych polskiej ochrony zdrowia, to dla wielu szpitali każda utracona osoba oznacza dodatkowe trudności. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i placówkach powiatowych, gdzie znalezienie specjalisty bywa niezwykle trudne. Czy państwo zatem nie powinno działać bardziej elastycznie? Szczególnie w sytuacji, gdy jednocześnie mówi się o rekordowych brakach kadrowych, starzejącym się środowisku lekarskim i rosnących potrzebach zdrowotnych społeczeństwa? Trudno nie zauważyć pewnej sprzeczności. Z jednej strony system rozpaczliwie poszukuje lekarzy. Z drugiej – pozwala, by setki już pracujących medyków znikały z niego z powodu niespełnionych formalności, które za kilka tygodni lub miesięcy mogą zostać ustawowo wydłużone.
A na końcu tej historii pozostaje pacjent, który najbardziej potrzebuje jednego – dostępu do lekarza.





