Koniec czerwca, początek sezonu, termometry pokazują ponad 40 stopni. Na plażach od Pustkowa po Świnoujście tłumy – ale właściciele pensjonatów, kwater i małych ośrodków wypoczynkowych wcale nie mają powodów do świętowania. Rozmawialiśmy z nimi. Obraz, który wyłania się z tych rozmów, jest niepokojący.
Gorąco jest nie tylko na piasku. W wielu małych bałtyckich biznesach panuje atmosfera nerwowości, którą trudno ukryć za uśmiechem na twarzy recepcjonistki.
– Mieliśmy praktycznie rok do roku pełne obłożenie. W te wakacje mamy zarezerwowany wynajem zaledwie dwóch pokoi. To jest katastrofa – mówi nam właściciel pensjonatu w Wiełce.
Niechętnie mówi o tym, co sie obecnie dzieje, bo nie chce, żeby sąsiedzi wiedzieli, jak bardzo pustoszeje jego obiekt.
Tydzień? To już rzadkość. Dwa tygodnie? Cud
Nie lepiej jest w Pustkowie, niewielkiej miejscowości, popularnej wśród rodzin z dziećmi ceniących spokój i niskie ceny. Właściciel kompleksu domków letniskowych w rozmowie z nami przyznaje, że zmienił się sam charakter rezerwacji.
– Klienci najczęściej pytają o jedną, dwie noce. Coraz rzadziej chcą przyjechać na tydzień, a o dwutygodniowej rezerwacji od jednego klienta to graniczy z cudem. Kiedyś było normą – wspomina.
To zjawisko widoczne w całym pasie nadmorskim. Polacy – jeśli już przyjeżdżają nad Bałtyk – robią to krócej, szybciej i taniej. Weekendowe wypady zastępują tradycyjne „dwa tygodnie nad morzem”, które przez dekady były rytmem letniego odpoczynku polskich rodzin.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Międzyzdrojach i Świnoujściu. Tu hotelarze są wyraźnie spokojniejsi – a nawet ostrożnie optymistyczni. Powód? Turyści zagraniczni.
– Luksusowe hotele wciąż przyciągają obcokrajowców – słyszymy od kilku rozmówców. – Niemcy i Czesi regularnie wypełniają droższe obiekty, szczególnie te z basenem, SPA i widokiem na morze.
Pracownica bawialni w jednym z luksusowych hoteli w Świnoujściu mówi wprost:
– Polskich rodzin jest niewiele. Częściej zdarza mi się rozmawiać z klientami po niemiecku lub angielsku niż po polsku.
O ile hotelarze nie narzekają, Właściciele kwater i małych pensjonatów nie mają wątpliwości co do przyczyn. Polacy po prostu coraz mniej mają środków na długie wczasy nad Bałtykiem – a ci, którym portfel na to pozwala, mają dziś znacznie więcej opcji.
– Ceny w Bułgarii, Turcji, Chorwacji, Grecji czy Hiszpanii są porównywalne z naszymi, a często niższe. Do tego cieplejsze morze i więcej słońca. Trudno konkurować. Jeśli ktoś ma większe możliwości finansowe, już do nas nie przyjeżdża – przyznają nasi rozmówcy.
Polska riviera od lat zmaga się z zarzutem wysokich cen przy stosunkowo skromnej infrastrukturze. Pandemia i lata wzmożonego popytu pozwoliły właścicielom podnosić stawki. Teraz rynek weryfikuje, ile turysta faktycznie zapłaci.
Na razie najbardziej odczuwają to mali przedsiębiorcy – ci, którzy wynajmują kilka pokoi, kilka domków, prowadzą rodzinne pensjonaty bez gwiazdek i bez inwestorów za plecami. Nie mają buforu finansowego, który pozwoliłby przetrwać słaby sezon.
– Boimy się, że w kolejnych latach będzie jeszcze trudniej o turystę – mówią zgodnie.
Sezon trwa. Zostały jeszcze lipcowe i sierpniowe tygodnie. Ale jeśli lipiec nie przyniesie nagłej poprawy i turystów, którzy przyjadą bez wcześniejszej zapowiedzi i rezerwacji, to tegoroczny sezon wielu małych przedsiębiorców i wynajmujących prywatne kwatery, 2026 rok spisze na straty.





