Są słowa, które nigdy nie powinny paść podczas obrad samorządu. Nie dlatego, że wymagają tego przepisy. Dlatego, że wymagają tego podstawowe standardy kultury i szacunek wobec drugiego człowieka. Dziś radny Wojciech Dudek przekroczył granicę nie tylko dobrego wychowania,
Dziś podczas posiedzenia Komisji Rewizyjnej Rady Miejskiej w Policach doszło do sytuacji, która dla wielu mieszkańców może być po prostu kompromitująca. Radny Wojciech Dudek, przewodniczący klubu Projekt Police (ugrupowanie burmistrza Krystiana Kowalewksiego), miał powiedzieć do innego radnego: „weź się zamknij”, a chwilę później — „do chama trzeba tak mówić”.
Bez względu na polityczne sympatie, osobiste konflikty czy różnice zdań, taki język nie ma prawa pojawiać się podczas oficjalnych obrad samorządu. I nie chodzi już nawet o sam spór. Demokracja zazwyczaj opiera się na sporze i na odmiennych zdnaiach, do których wszyscy mamy prawo. Problem zaczyna się wtedy, gdy argumenty zastępują odzywki rodem z internetowej awantury albo podwórkowej kłótni.
Sytuacja robi się jeszcze bardziej absurdalna, gdy spojrzy się na kontekst całego zdarzenia. Radny miał wejść na obrady spóźniony, nie znać ani treści pisma, ani wcześniejszej dyskusji, a mimo to zacząć pouczać uczestników komisji i próbować organizować głosowanie nad czymś, co w praktyce nie wymagało żadnej zgody komisji. Z relacji wynika, że zamiast uspokoić atmosferę, doprowadziło to do dalszej eskalacji napięcia. Wtedy padły kompromitujące słowa, radny Dudek wypowiedział je w stosunku do innego radnego, Waldemara Bubiłka.
To już jest arogancja władzy: Wojciech Dudek najwyraźniej zapomniał, że mandat radnego nie daje prawa do obrażania innych uczestników debaty. Mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że osoby wybrane do reprezentowania lokalnej społeczności będą potrafiły zachować minimum profesjonalizmu, nawet wtedy, gdy emocje biorą górę. Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Tego typu zachowania w Policach coraz częściej przestają kogokolwiek dziwić. Agresywny język i polityczna buta zaczynają być traktowane jak normalny element życia publicznego. A przecież nie powinny.
Radny podczas oficjalnego posiedzenia komisji mówi do drugiej osoby „weź się zamknij”, a chwilę później tłumaczy to słowami „do chama trzeba tak mówić”, to problem nie dotyczy już wyłącznie jednej kłótni. To pytanie o standardy debaty publicznej i poziom szacunku wobec instytucji, którą samemu się reprezentuje. I naprawdę nie ma znaczenia, do kogo padły te słowa. W życiu publicznym po prostu nie powinny paść.
I jak dotąd, burmistrz Kowalewski nie potępił tego zachowania.





